wtorek, 16 października 2018

Makijaż na dziś - Roses

13:22 4 Komentarze
Nie wiem czy to kwestia światła, podkładu, pudru, podkładu który nie współpracuje z pudrem czy wszystkiego naraz, ale moja gęba wychodziła dzisiaj na zdjęciach tragicznie. W sumie na żywo też wygląda jakoś tak żółto, fuj. Czas poszukać odpowiedniego odcienia do papy. 
Naszło mnie dzisiaj na różyczki. Mam je wszędzie: na oczach, na ręce, a nawet przyodziałam się celowo w bluzeczkę w róże. A więc patrzcie i podziwiajcie 😂
Brwi: pomada Makeup Revolution Chocolate, Makeup Revolution Aqua Brow Pomade, kredka Essence Eyebrow Designer, korektor Catrice Liquid Camuflage, korektor do brwi Eveline 5 w 1
Oczy: Maybelline Colour Tattoo #91, paleta Huda Beauty Rose Gold Remastered, korektor Catrice Liquid Camuflage, pigment Tammy Tanuka #338 (na żywo wygląda obłędnie, na zdjęciach ciężko mi go było uchwycić), eyeliner Maybelline Eyestudio Lasting Drama, tusz Maybelline Total Temptation, cień Makeup Geek Tai Mahal, rzęsy Perhaeps Queen
Twarz: podkład Maybelline Super Stay 24H Full Coverage, puder Melkior Professional, bronzer The Balm Desert, rozświetlacz Benefit What's Up! 
UstaPudaier Lip Gloss 2

czwartek, 4 października 2018

KONKURS - odpowiedź na jedno krótkie pytanie i wygraj dowolne rzęsy Perhaeps

21:19 4 Komentarze
Zdjęcie dla przyciągnięcia uwagi 😆
Wraz z marką Perhaeps organizujemy dla Was konkurs. Do wygrania jeden z modeli rzęs do wybrania z: Perhaeps
Wystarczy odpowiedzieć na pytanie: Który model rzęs Perhaeps wybrałabyś do jesiennego makijażu?
Osobę wygrywającą wybieram ja, na podstawie najciekawszego komentarza 😊
Konkurs trwa od dziś do 10 października włącznie. 
Post niżej można zobaczyć jak jeden z modeli prezentuje się na moim oku.
Bądźcie kreatywne! Buziaki 😘


PS. Niebawem przewiduję konkurs organizowany przeze mnie. Im więcej będzie zainteresowanych tym lepiej! Wtedy pewnie będą zacniejsze nagrody! Bądźcie czujni! 

niedziela, 30 września 2018

Makijaż na dziś - I'm bored| Rzęsy Perhaeps

13:08 17 Komentarze
Chyba w pełni zainspirowałam się kolorem mojego sweterka 😂 jest obłędny! a na dodatek cieplusi, milusi i mogłabym nie przestawać go nosić. Tak więc powstał oto ten makijaż! 
Brwi: pomada Makeup Revolution Chocolate, Makeup Revolution Aqua Brow Pomade, kredka Essence Eyebrow Designer, korektor Catrice Liquid Camuflage, korektor do brwi Eveline 5 w 1
Oczy: Maybelline Colour Tattoo #91, paleta Huda Beauty Rose Gold Remastered, pigment Inglot #22, eyeliner Maybelline Eyestudio Lasting Drama, tusz Maybelline Total Temptation, rozświetlacz Makep Revolution Vivid Baked Highlighter, rzęsy Perhaeps Sisi
Twarz: podkład Catrice Liquid Coverage, puder ryżowy Ecocera, bronzer The Balm Desert, rozświetlacz Makep Revolution Vivid Baked Highlighter
Usta: Mary Kay Patricia Bonaldi
Rzęsy, które mam w tym makijażu będą do wygrania u mnie w konkursie, te, bądź inny dowolny model. Szczegóły już niebawem 😊
Jeśli chodzi o ten konkretny model, to jest bardzo elastyczny, co ułatwia mega ich przyklejanie. Pasek jest bezbarwny, a do każdego modelu dołączony jest klej - również bezbarwny. Szybko się wiąże i trzyma na oku bez szwanku cały dzień. Z wyjątkiem, kiedy płaczę. Niestety wtedy potrafi się nieco odklejać. Sisi byłyby idealne, gdyby przy wewnętrznej stronie były nieco krótsze. Wyglądały by wtedy na naturalniejsze. Może po prostu je lekko przytnę i będzie bomba xD 
Posiadam jeszcze model Glamour, z którym też pojawi się makijaż i kępki, których zazwyczaj nie używam, bo są bardziej czasochłonne, ale pewnie efekt będzie bardziej powalający 😉
Zachęcam do odwiedzenia profili i wybierania sobie modelu, bo będzie do zgarnięcia 😏

czwartek, 27 września 2018

Moje pierwsze przedłużenie na formach od Elisium i moje pierwsze hybrydy.

19:12 4 Komentarze
Jeśli zapytalibyście się mnie jeszcze jakiś czas temu czy lubię malować paznokcie, albo czy kiedykolwiek zrobię sobie sztuczne moja odpowiedź brzmiałaby NIE. Pierwszy raz w życiu przedłużone paznokcie miałam na swoje 23 urodziny. Zrobiła mi je moja przyjaciółka (pozdrawiam) . Były piękne, ale nosiłam je nieco ponad tydzień, bo wydawały mi się mega niewygodne. Pisanie smsów czy korzystanie z komputera było dla mnie katorgą. Wciskałam kilka klawiszy na raz przez co wychodziło mi coś w stylu "mkdkokbfjskml". A jak podcierałam sobie dupę, to bałam się, że mi odpadną.
Swoje miałam zawsze przycięte krótko, a ostatni raz malowałam je zwykłym lakierem w '49.
Nagle pewnego dnia w pracy wpadłam na pomysł kupienia sobie zestawu do paznokci. Tak z dupy po tym, jak gdzieś mignął mi jakiś filmik na YT.
Padło na zestaw od Elisium, ponieważ mają tam gotowe formy do przedłużania, ciapasz formę żelo-akrylem i myk pod lampę. Paznokieć gotowy. Gdybym miała pieprzyć się ze standardową formą i poziomowaniem żelu, to chyba bym się posrała z braku cierpliwości. Poza tym na pewno wyszły by mi jakieś krzywulce.
Na cały zestaw liczący sobie lampę, liquid, top, baze, 3 lakiery, pyłek, żel do przedłużania, formy, waciki bezpyłowe, cleaner, cążki, pędzelek oraz pilniki wydałam 4 paki. Dość ryzykowne jak na fakt, że nigdy nie lubiłam malować paznokci, a co dopiero mieć długie. Niestety czasem mam takie kaprysy. Choć może nie do końca to kaprys. Nie chcę do końca życia pracować na kogoś, być może kiedyś chciałabym zacząć pracować na siebie. A jedyną umiejętność jaką posiadam, to umiejętności manualne. Jeśli w czymś jestem dobra, to właśnie w tym, a z samych makijaży bym nie wyżyła, więc być może to odpowiedni czas na to, by zacząć się uczyć czegoś nowego. Mam świadomość tego, że kosmetyczki/stylistki/wizażystki rosną jak grzyby po deszczu. Jednak jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Robić to dobrze. A większość tego co się teraz otwiera to jakieś gówno.
Moje pierwsze paznokcie miały być względnie krótkie, ale poniosło mnie jak zwykle i okazało się, że takie są nawet bardziej wygodne. Użyłam tutaj właśnie wcześniej wspomnianych form Quick Shape, które są błogosławieństwem dla takich laików jak ja. Robią doskonałą krzywą C! Do tego czarny lakier Audrey oraz pyłek Bling Bling. Na każdym kolorze daje inny efekt, więc to taki pyłek niespodzianka. I jakieś tam ozdoby z aliexpress.
A...moim modelem paznokciowym był kot mojej Moniki (pozdrawiam), która towarzyszyła mi przy robieniu tej stylizacji, ponieważ ona się zna i też robi.
Obawiałam się piłowania, dla mnie to było wyzwanie, które nie do końca mi wyszło, ale uważam, że jak na pierwszy raz to i tak jest mistrzostwo jak dla mnie. Tak na marginesie piłowanie paznokci jest dla mnie trochę ohydne i to najgorsza część tej roboty.
Paznokcie wytrzymały mi 3 tygodnie bez żadnego uszczerbku. W różnych warunkach. Od mycia garów poprzez obieranie orzechów aż po fakt, że zajebałam nimi w coś miliony razy. Ból był, ale paznokcia nie straciłam!
Tak się prezentowały dziś po tych 3 tygodniach. Kiedy je skracałam, stwierdziłam, że są zdecydowanie za grube, przez co piłowałam je dobre 2,5 godziny, ponieważ ten FlexyGel nie rozpuszcza się w acetonie. A ja nie mam też wprawy. Zniszczeń ogromnych nie było, ale płytka miejscami zdecydowanie była słabsza i gdzieniegdzie uszkodzona. Być może to fakt, że nie umiem jeszcze tak manewrować pilnikiem, być może to skutek FlexyGelu. Nie wiem, ale powiem jak sprawdzę po kolejnym ściąganiu stylizacji.

Zdecydowałam się na Baby Boomer. Lubię bezpieczne i klasyczne kolory. Wyszły trochę takie ślubniaczki z cyrkoniami na palcu serdecznym i dużym. Do tego pyłek również na palcu serdecznym, niestety na zdjęciu nie udało mi się uchwycić tego jaki jest piękny! Długość minimalnie krótsza od poprzednich, ale grubość o 3/4 mniejsza. Przez co wyszedł mi doskonały tunel. Zobaczymy więc jak tym razem będzie z ich wytrzymałością 😉 Niestety cyrkonie odpadły mi tuż po zrobieniu zdjęcia, więc zalałam je żelem i myślę, że potrzymają się nieco dłużej xD

Na pewno jeszcze długa droga przede mną, więc jeśli macie dla mnie jakieś rady, wskazówki, to chętnie skorzystam!
Jak na początek jestem z siebie bardzo dumna, bo to dopiero moja druga stylizacja, a pierwsza zdobyła już kilka pozytywnych opinii od całkiem obcych ludzi! 😊 trzymajcie kciuki, żebym zdobyła więcej wprawy i umiejętności.

Tymczasem życzę dobrego dnia! 😘

czwartek, 30 sierpnia 2018

Pierdolcie się fryzjerzy - czyli dlaczego nigdy więcej nie oddam się w ręce "profesjonalisty"?

22:19 18 Komentarze
Farbuje się odkąd skończyłam 15/16 lat. Wiem, że młodo zaczęłam, ale matula mi pozwalała, więc wiadomo, że to wykorzystywałam. Moje włosy od tego czasu miały już wszystkie możliwe odcienie, od czerni, przez brązy, blondy aż do różu, czerwieni i rudości. Dziwie się, że jeszcze nie jestem łysa, ale moje włosy chyba są nie do zniszczenia. I naprawdę są zdrowe i lśniące, pomimo tego co im fundowałam przez tyle lat, a niestety nie mam czasu na jakąś szczególną pielęgnację. Czasem aż mi smutno, że tak mało o nie dbam.
(Gdybyście pytali - to oczywiście też miał być zamierzony efekt) 





I powiem tak, nigdy, przenigdy nie wyszłam jeszcze od fryzjera zadowolona. Ani razu. Zazwyczaj kiedy farbowałam się sama, osiągałam mniej więcej takie rezultaty, jakich oczekiwałam, ale nigdy u fryzjera.
Najbardziej byłam zadowolona z efektów, kiedy miałam mega jasny blond na głowie, ale podkusiło mnie zrobić sobie sombre. No i nosiłam takie włosy jakoś ponad rok. Jak to w przypadku kobiet bywa, znudziły mi się i chciałam znowu powrócić do blondu. Rzecz polegała tylko na tym, aby rozjaśnić mi ciemną górę i zrównać z blondem u dołu.
Tak mniej więcej wyglądały moje włosy przed środową koloryzacją. Wydawało się, że nie trzeba tu wielkiej filozofii, ale co ja tam wiem, nie chciałam bawić się sama w rozjaśnianie i postanowiłam skorzystać z usług kogoś, kto się na tym zna. Umówiłam się u tego kogoś z polecenia, bo podobno czeka się miesiącami na koloryzacje do tego kogoś. Byłam podjarana, przeżywałam to i chwaliłam się na każdym możliwym kroku. Byłam też pełna obaw, że znowu mi coś spierdolą. Nawet w ostatniej chwili chciałam zrezygnować. NO I CO? NO I ZJEBALI. Kolejny raz zrażam się do korzystania z usług fryzjera i poważnie, to moja ostatnia koloryzacja u "profesjonalisty".
Niestety blond mam tylko końcówki (one mi się podobają, są chłodne i popielate), ale miałam je jasne również przed koloryzacją...mam wręcz wrażenie, że są nieco ciemniejsze niż te z którymi przyszłam. A poza tym jestem RUDA. Kurwa mać ruda...Taka chujnia to mi mogła wyjść podczas koloryzacji w domu, ale po wizycie u fryzjera oczekiwałam po prostu blondu. Jasnego, chłodnego blondu. I wiecie ile za to zapłaciłam? 260zł. No cóż, za głupotę trzeba płacić.
Pewnie myślicie sobie, że teraz lamentuje, a jak był na to czas, to mordy nie otworzyłam. Że nie zwróciłam uwagi na to będąc jeszcze u fryzjera, że zapłaciłam, że nie złożyłam skarg i zażaleń. Oczywiście czary mary, fryzjer mówi, że to tak ma być, że przy następnej wizycie już osiągniemy ten chłodny blond, że tu na razie odrosty zostawił, że ciężko było zejść z tego brązu itepe itede. W sumie dałam się przekonać, bo wtedy, gdy tak na nie patrzyłam nawet zaczęły mi się podobać. A wiecie jak to jest, trochę głupio jest powiedzieć, że coś nam nie pasuje, trochę wstyd się wykłócać czy olaboga nie zapłacić. Teraz twierdzę, że to błąd, że powinno się mówić, póki jest na to czas i kłócić się, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Wróciłam do domu, przespałam się z tym, obejrzałam te włosy w każdym możliwym świetle i stwierdziłam, że wygląda to źle, że ten rudy za bardzo rzuca się w oczy i od razu zamówiłam farbę (L'Oreal Majirej). Mam nadzieję, że pokryje mi to coś, co w tej chwili mam.
Najlepsze jest to, że nawet umówiłam się na następną wizytę, dopiero w październiku, bo włosy muszą odpocząć...bo dałam się omamić i nie odezwałam się ani słowem. Eh, sama chyba próbowałam oszukać siebie, że to co mam naprawdę mi się podoba, serio próbowałam się tym cieszyć, ale nie umiem się dłużej okłamywać - wygląda to źle. Jakby zrobił mi to ktoś, kto się dopiero uczy, a nie ma już doświadczenie i pracuje w salonie. Jestem rozczarowana, zła i chce mi się wyć, że wyrzuciłam siano w błoto, że muszę wywalać kolejne hajsy na naprawianie tego sama w domu, bo już nie pójdę nigdzie do żadnego fryzjera! Co najwyżej może dam podciąć sobie kiedyś końcówki.
Ludzie mi prawili komplementy, że ładnie mi w tym kolorze. Podejrzewam, że mówili to z grzeczności, a nie dlatego, że rzeczywiście tak mi ładnie. Prawda jest z goła inna i tutaj liczę na Wasze szczere opinie! Nie oszczędzajcie mnie xD 
To jest blond, który osiągnęłam dzięki własnym kombinacjom. I będę dążyć do osiągnięcia właśnie takiego odcienia. I takiej długości również, bo brakuje mi moich włosów do pasa ;)

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

DDOB - co to jest i z czym to się je? | Szybki makijaż smoczycy

21:50 11 Komentarze
DDOB to skrót od Daily Dose of Beauty. Platforma, która łączy i zrzesza blogerów. Brakowało mi czegoś takiego, bo lubię, kiedy moje ulubione blogi, te które czytam najczęściej oraz te, które chciałabym poznać były w jednym miejscu. Dawno dawno temu była taka strona, ale niewspierana przepadła i umarła, od tego poza zblogowanymi nie odkryłam nic, co byłoby zbliżone. A od jakiegoś czasu korzystam z obu stron.

Plusem apki jest to, że prób zbioru profili blogerów, są też oczywiście najświeższe wpisy, oraz artykuły. Jedne ciekawsze, drugie mniej, jedne wnoszące coś w życie, drugie totalnie nic, ale to chyba dość powszechna cecha internetów. Są też quizy, w których rzadko i spontanicznie biorę udział. Oraz wiele innych zakładek, w których każdy znajdzie coś dla siebie.

Ogromnym plusem tegoż portalu jest fakt, że można brać udział w różnych kampaniach. Można zostać w ten sposób rasowym infuencerem i zarabiać hajsy. Kiedyś tam. Ponieważ prowadzenie bloga to częściowo pasja, częściowo na pewno chęć zarabiania. Taka prawda, światem rządzi pieniądz i nie mówmy, że nie. A przecież miło jest łączyć pasje z pracą, bądź robić coś, co się kocha, bo podobno wtedy nie przepracujemy ani dnia więcej.
Albo tworzyć coś z różnymi firmami. Ja jeszcze nie zdążyłam załapać się na takie cudo, bo jestem świeżakiem i dopiero robię małe kroczki na portalu. Jednak jeśli już się na coś załapie, to dam znać czy warto!
Profil wygląda tak. Standardowo wszędzie jestem wdową, więc i tutaj nikt nie podpierdolił mi nicku - na szczęście. Można prowadzić statystyki, inni ludzie mogą nas obserwować, lajkować, komentować i robić praktycznie wszystko to co robimy na blogu. Można się wpisami bezpośrednio dzielić na innych portalach społecznościowych.
Dodawanie tam wpisów i odnośników jest proste i bezbolesne. Odnośniki działają sprawnie i przekierowują nas na blogi innych. Tak jak wspomniałam, dla mnie to duży plus w odkrywaniu nowego narybku i czytania nowych rzeczy. Fajnie by było, gdyby coraz więcej blogerek/blogerów (nie będę nikogo dyskryminować) się o tym dowiedziało i zakładało tam konta.

Pewnie istotną, a może jedną z najważniejszych argumentów będzie fakt, iż na portalu można zbierać monety, które później zmienia się na nagrody.
Za każdą jakąś aktywność po pewnej liczbie tejże aktywności dostaje się monety. Nagrody nie są byle jakie, bo można wygrać nawet Ajfona Iks czy też bony do Sephory, HM czy Empika. Ten ostatni osobiście kusi mnie najbardziej. Na pewno plusem jest to, że takie nagrody zawsze mobilizują, zachęcają do zwiększonego zaangażowania w pisaniu, publikowaniu i ogólnego życia na portalu. Minusem pewnie jest to, że niektórym chęć zdobycia monet założy klapki na oczy i przez to jest ryzyko powstawania jakiegoś ścierwa. Mam nadzieję jednak, że administratorzy nie będą popierać takich działań.
Ja o tej stronie dowiedziałam się z innego bloga i cieszę się, że założyłam tam konto. Was również do tego szczerze zachęcam. Wystarczy kliknąć w tutaj.


A tymczasem wykorzystam okazję wrzucenia szybkiego makijażu i ostatniego zdjęcia w tej wersji kolorystycznej na moich włosach. Kto się domyśli na jaki kolor będę się farbować? Dajcie znać w komentarzach :)


Dobrej nocy, buziaki!

niedziela, 19 sierpnia 2018

Makijaż na dziś - Naked

12:28 28 Komentarze


Brwi: pomada Wibo Dark Brown, Makeup Revolution Aqua Brow Pomade, kredka Essence Eyebrow Designer, korektor Catrice Liquid Camuflage, korektor do brwi Eveline 5 w 1
Oczy: paleta Too Faced Semi Sweet Chocolate Bar, paleta Makeup Geek Vegas Lights, cieńMakeup Geek Phantom, NYX Glitter Primer, NYX Glitter Briliants, kredka Miss Sporty 100% Rock, eyeliner Maybelline Eyestudio Lasting Drama, pigment Makeup Geek Light Year, tusz Maybelline Lash Sensational, rzęsy z Aliexpress
Twarz: podkład Maybelline Super Stay 24H Full Coverage #05, puder ryżowy Ecocera, bronzer Kobo Matt Bronzing&Contouring Powder, rozświetlacz Benefit Whatt's Up!
Usta: Mary Kay At Play Taupe That

niedziela, 5 sierpnia 2018

Nowa dziara | Treningi na Rubensowskie kształty | Books

10:15 19 Komentarze
No dobra, dzisiaj mam ochotę po prostu pogadać. A w zasadzie popisać, bo to zdecydowanie będzie dla mnie dzisiaj lepsza odskoczna Jestem trochę staroświecka i bardzo lubię czasem pisać wszelkie liściki, wiadomości, najchętniej te miłosne ;) Także tego pisania zawsze gdzieś mi tam brakuje i muszę tym razem uzupełnić swój deficyt.
Zdaje sobie sprawę, że trochę zaniedbuje bloga i już nie udzielam się tak jak kiedyś i nieregularność do niczego mnie nie doprowadzi, ale albo rzeczywiście brak mi czasu, albo nie jestem zbyt zorganizowana. Tym bardziej z tego powodu nachodzi mi ochota napisać tutaj tak coś od serca. I wiem też, że prowadzenie bloga to powinna być przyjemność, a nie obowiązek, na dodatek przykry. Z drugiej strony, gdyby miało to mi przynosić finansowe korzyści, to pewnie i organizacja byłaby moją lepszą stroną xD Teraz robię to z czystej przyjemności.

Standardowo jako prezent od siebie dla siebie zafundowałam sobie nowy tatuaż. Długo obmyślałam co by tu jeszcze za zwierzątko wcisnąć na moją już prawie w pełni wypełnioną rękę i stwierdziłam, że żadne zwierze mi się tam nie zmieści. To znaczy zmieści, np. delfin. Z tym, że głupio by to wyglądało na tle rysia, wilka, jelenia i sowy. Myślałam, może dzik? No ale dzik? Jakoś tak dziwne. Jeż też odpada, chociaż gabarytami by pasował. Długo chciałam mieć ćmę, ale ostatecznie nie uważam, by ona też dobrze tam wyglądała i tak trochę na siłę. Postawiłam więc na chabazie. Takie tam piwonie, niby nic, a bardzo mi się podobają. Chętniej teraz podnoszę ręce od góry, częściej też muszę golić pachy xD


Resztę wypełnię również jakimiś listkami, kwiatkami i rękaw będę miała gotowy. Termin już ustalony, 10.10  - jestem gotowa na ten dzień!

Od równych dwóch miesięcy zaczęłam wykonywać regularne treningi. To cardio, to siłowe, to cardio na przemian z siłowymi i wyjątkowo wkręciłam się w to tak, że mimo niechcenia mi się nie opuszczam żadnego treningu. A robię 6 razy w tygodniu po pół godziny. Na siłowni godzina. Czekam, aż zrobi mi się boskie ciało, bo na razie to takie bardziej Rubensowskie te kształty. Idzie mi to jakoś powoli i opornie. To już nie te lata, kiedy w pół roku zrzucałam 15 kg bez większego wysiłku. Teraz muszę dać z siebie więcej. Dzisiaj jestem po kontrolnych zdjęciach i pomiarach. Jestem zawiedziona tym, że moje uda praktycznie nie drgnęły. Brzuch miazga, schodzi w zawrotnym tempie, ale te jebane parówy to jakiś dramat :/ Że też muszę być gruszką. Ale okej, muszę się liczyć z tym, że na efekty trzeba czekać cierpliwie, że nie zrobię sobie ciała sportsmenki w miesiąc. Chęci są, strój na siłownie jest, ilość zdjęć na istastory z treningów poprawna, nawet mam skakanke i gumy do ćwiczeń! Tak się zaangażowałam, a co. Teraz tylko trzeba się uzbroić w cierpliwość i wytrwałość. No i picie dużej ilości wody! Sikam po tym jak opętana, ale mam nieziemski cellulit i czas się go pozbyć. A bez wody ani rusz.
To był mój jedyny trening w lesie. Pierwszy i ostatni. Jestem zbyt atrakcyjna dla tych suk komarzyc, zdecydowanie wytwarzam zbyt dużo dwutlenku węgla i jebane mają mnie za smakowity kąsek. NOPE NOPE NOPE. Nie dam się.

Przeczytałam w tym roku już jakieś 17 książek, myślę, że to całkiem dobry wynik jak na fakt, że jestem poza domem 12 godzin i brak mi odpowiedniej organizacji. Przerzuciłam się trochę na papier i uważam, że najlepsza półka na książki to podłoga. Moja kolekcja powiększa się w zatrważającym tempie i obawiam się, że mi tej podłogi zabraknie. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie książka o tytule Kredziarz. Był to debiut aktorki i spodziewałam się klapy, ale pieprzona ma talent, a książka była bardzo zaskakująca. Poza tym fabuła niepowtarzalna. Naprawdę polecam po nią sięgnąć.
W tej chwili czytam Nie ufaj nikomu, na razie ciekawa. Choć naszła mnie taka myśl, że w większości nowych książek o charakterze psychologicznym kręci się wokół jednego schematu - kobiety, która w jakiś sposób jest uzależniona od mężczyzny + przemoc psychiczna lub fizyczna, drobne intrygi i mamy gotowy przepis na bestseller. Chciałabym zostać czymś zaskoczona, niż powielanym wątkiem "udanego małżeństwa" za którym kryją się jakieś brudy i o tym caaaałe opowiadanie.

To chyba tyle na dziś. Jest 22, kiedy to piszę. Oczy mi się zamykają i chyba pora spać. Chętnie jednak coś jeszcze napiszę za jakiś czas.
Dajcie znać, czy macie jakieś ulubione ćwiczenia, które dają super efekty? Chodzi mi szczególnie o nogi, bo chce mi się płakać!
I chętnie dowiem się jakie książki czytacie w tej chwili, albo co macie na liście!

A tymczasem buziaki!

czwartek, 2 sierpnia 2018

Klasyczny makijaż na upały

17:04 18 Komentarze

No dobra, prawda jest taka, że mimo tego, iż wysokie temperatury nigdy mi nie przeszkadzały, tak obecne upały doskwierają nawet mnie. Pocę się jak świnia. Podczas treningu to już w ogóle kałuża potu, leje się ze mnie z każdego centymetra ciała. Dramat. A nie cierpię, kiedy mam mokro pod pachami!

Przy takich tropikach im mniej kosmetyków kolorowych, tym lepiej! Dajmy skórze oddychać i niech nie poci się ona pod ciężkimi podkładami. Mimo tego, że mam mega, mega tłustą cerę, nawet ja przerzuciłam się na lekkie BB. I czuje się lżej, czuje się lepiej i mam te świadomość, że nie schodzi mi tapeta wraz z kropelkami potu. Mimo to wyskakują mi krostki, które są spowodowane albo upałami, albo hormonami. Podejrzewam, że jedno i drugie. Obecnie stosuje BB od SKIN79 z filtrem 25 SPF. I ten SPF działa! Poza tym często jeszcze przed nałożeniem czegokolwiek na gębę dodatkowo nakładam krem z filtrem aż 50 SPF! I w dupie mam, że moja twarz jest blada w stosunku do reszty, która ma złotawy odcień opalenizny. Wolę, żeby taka różnica była dostrzegalna, niż żebym za 5 lat wyglądała jak stara raszpla, bo mi się zmarchy porobią i wylezą przebarwienia. Nie, dziękuję. W zasadzie i tak nie jestem fanką opalania, jestem zbyt jasna na to, więc tak czy siak u mnie musowo wysoki filtr, żeby się nie spalić. Oraz pieprzyki, mnóstwo pieprzyków, które jak wiadomo podczas ekspozycji na słońcu mogą spowodować wstrętne raczysko zwane czerniakiem. Nie polecam. Nie chce mieć, więc wolę być córką młynarza.

Wracając do makijażu, całe te BB utrwalam pudrem ryżowym, dodaje trochę bronzera i rozświetlacz, bo teraz wygląda w słońcu bombowo i widać go z kosmosu! Poza tym brwi, wiadomka, bez nich wyglądam jak dziecko. I ewentualnie trochę tuszu do rzęs, ale czasem nawet z tego rezygnuje.
Dopiero w przypadku, gdy się gdzieś wybieram i jest jakaś okazja na ładny makijaż, doczepiam połówki rzęs, ale to też tak ostrożnie z tymi rzęsami, bo nawet Duo nie wytrzymuje tych upałów i jest ryzyko, że się odkleją. No i usta, zazwyczaj klasyczna czerwień, ale w lato można poszaleć z innymi kolorami, więc jak tam sobie życzycie! Wary tak się nie pocą, to można xD

A teraz moja twarz saute! I w makijażu, który opisałam powyżej. Zdjęcia są nieznacznie edytowane. Polecam powiększyć.

BB daje radę i mimo to daje niezłe krycie jak na swoją lekką konsystencje i wraz z pudrem ryżowym jest bardzo ładnie.

Brwi: pomada Wibo Dark Brown, korektor Catrice Liquid Camuflage, korektor do brwi Eveline 5 w 1
Oczy: tylko tusz Maybelline Total Temptation i ucięte rzęsy z Aliexpress
Twarz: SKIN79 Super+ BB, puder ryżowy Ecocera, bronzer TheBalm Balm Desert, rozświetlacz Makeup Revolution Vivid Baked Highlighter Golden Lights
Usta: Mary Kay At Play Matte Liquid Lip Color Red Siren

Nadmienię jeszcze kilka słów na temat tej pomadki z Mary Kay. Są to nowości, a ta, którą widzicie jest moją drugą ulubioną tuż po kolorze That Taupe - miazga! 
Mam ją na tym zdjęciu. Przyznajcie, że kolor jest idealnym brudnym różem, połączonym z nudziakiem. Są też zajebiście kremowe, przez co aplikacja jest niebywale prosta i umożliwia ewentualne poprawki, a do tego nie wysusza ust i nie robi skorupy po jakimś czasie jak to potrafią robić niektóre inne matowe formuły. Wprawdzie nie zastyga tak brudząc np. szklankę podczas picia, ale za to schodzi równomiernie i estetycznie. 

Wrzucę tu jeszcze kilka zdjęć z mojego nowego super aparatu i nowego super statywu. Z resztą przecież jestem pieprzonym narcyzem, więc patrzcie i podziwiajcie! xD Zdjęcia poniżej po pełnej edycji w Photoshopie. Na tyle, na ile potrafię robić obróbkę. 


Ale mam śliczny profil, jezusie xD Wiem, że bez makijażu szału nie ma, ale w mejakpie jest sztosik, nie powiecie, że nie xD 
Także tego, żarciki żarcikami, ale morał z tego taki, żeby dbać o skórę w upały zarówno od zewnątrz jak i od wewnątrz. Dużo wody, bardzo dużo wody to podstawa, sama uczę się jej pić, bo do tej pory miałam z tym problem. Filtry i jeszcze raz filtry! 

A tymczasem ślę całusy i życzę miłego dnia! 

czwartek, 28 czerwca 2018

Nou Oliban | Niech Twój mężczyzna pachnie jak mirra i kadzidło

20:22 4 Komentarze

Za pośrednictwem Only You zostałam testerką oto tych perfum. W zasadzie ściślej ujmując nie ja, a mój facet. Pierwsze co pomyślałam, to żeby wkręcić go w rolę blogera/testera, z tym, że lepiej abym to ja ubrała to wszystko w słowa. Pierwszy niuch też musiał należeć oczywiście do mnie. I pierwsze wrażenie również...a ono było bardzo rozczarowujące.

Producent o swoim zapachu mówi, że jest on stworzony dla eleganckich mężczyzn, nowoczesnych, stanowczych i pewnych swej wartości. No niby się tam zgadza co nieco z tym moim mężczyzną, więc zapach powinien do niego pasować. A mnie, jako kobietę powinien intrygować i dawać poczucie bezpieczeństwa. Także jak facet jest cipa, ale popryska się tymi perfumami, to będzie spoko.
Najistotniejszą kwestią jest jednak to, że jak tylko je niuchnęłam, to stwierdziłam jednoznacznie, że śmierdzą. I to zdecydowanie nie jest zapach, który w zaintrygował by mnie tak pachnącym mężczyzną. Mój facet też zdecydował, że tak pachnieć nie będzie. Uf, na szczęście podobają nam się podobne zapachy, bo nie zniosłabym, gdyby mi tak śmierdział. A powodem jest fakt, że perfumy to kompozycja typowo orientalno-drzewna, dość specyficzna i niestety albo stety nie każdy nos jest w stanie je docenić. Nasz na pewno nie. Nuty głowy to: oliban, elemi, rumianek. Nuty serca: oliban, paczuli, citrus. A nuta bazy to: drzewo sandałowe, skóra, wanilia i benzoin. Po takiej konfiguracji stwierdziłabym, że będą ładne, ale nie, dla mnie są zdecydowanie zbyt ostre, zbyt agresywne. Przytłaczają swoim zapachem i zamiast przyciągać - mnie odrzucają. Szczególnie dla młodego faceta nie sądzę, by były odpowiednie. Dla dojrzałych mężczyzn, tak jak nasi tatuśkowie już pewnie byłby to bardziej trafiony prezent, oni prędzej docenią taką kompozycje zapachową. Może jak będę w wieku swojej mamy, to zaczną mi się podobać tak pachnący mężczyźni ;)

Może na dzień ojca byłby to doskonały prezent, szkoda, że jestem na tyle rozgarnięta by pisać o tym właśnie teraz, prawie tydzień po xD Pewnie jednak będą jeszcze jakieś urodziny/imieniny w tym czasie, więc w razie czego można je dostać w cenie regularnej za 59 zł w Rossmannie. Jeśli jesteście ciekawe, jak bardzo męski i intrygujący jest ten zapach, to warto się do drogerii udać i poniuchać, czy trafia w Wasze gusta, te męskie czy te damskie.

Dobrego dnia!

niedziela, 24 czerwca 2018

Recenzja Floslek Balance T-zone | Pomoc dla problematycznej skóry

21:35 10 Komentarze

Dzięki uprzejmości Only You mam przyjemność testować ten oto zestaw z załączonego obrazka dla skóry problematycznej. Ucieszyłam się na te możliwość, gdyż moja gęba od lat boryka się z przetłuszczaniem się i drobnymi wypryskami, które szczególnie dają się we znaki przed okresem. Nie mówiąc już o tym, że moje zatkane pory nieciekawie się prezentują, ale z tym nie poradzę sobie chyba nigdy korzystając tylko z tego typu produktów dostępnym bez recepty.

Zacznę więc od produktu, który wywarł na mnie największe wrażenie, a jest to peeling z kwasami AHA. Dla mnie to doskonałość w każdym calu. Produkt jest bezbarwny, nie zawiera żadnych drobinek, a zawartość kwasów powoduje (jak to nazywa producent) gumkowanie. Czyli cały syf z ryja schodzi podczas wcierania tego czegoś. Super uczucie, poza tym dokładnie można się nim dostać do każdego zakamarka twarzy, przez co w każdym miejscu jest ona dobrze oczyszczona i pozbawiona zrogowaciałego naskórka. Skóra staje się miękka i lepiej przygotowana do nakładania kolejnych produktów, czy to kremów, czy po prostu makijażu. Długie stosowanie (moje już dobry 5 tydz.) powoduje lepszą kondycje twarzy i mam tu na myśli fakt, że jest ona bardziej, hmm, bardziej promienna i elastyczna. Coś w tym stylu :D Ogólnie dla mnie bomba jeśli chodzi o peeling i pewnie zrobię zapas po zużyciu tego. Oczywiście polecany dla VEGAN i WEGETARIAN. LOL. Nie skomentuje tego, ale jeśli jesteście którymś z nich, to możecie sobie bez wyrzutów sumienia stosować.

Kolej pada na glinkę, Instant detox 2 in 1. Można używać tak, żeby sobie zastygała na papie i jako produkt do mycia na szybko. Ja stosowałam przede wszystkim ją jako tę wersję na szybko. Fajnie oczyszcza z jakiś drobiazgów, które nie domyłam demakijażem i z tego syfu, który zbiera się przez cały dzień, ale nie dopatrzyłam się głębokiego oczyszczenia. Wszystkie to, co mam zatkane mam zatkane nadal. Nie oczyszcza ona głęboko porów i raczej nie można sięteż nastawiać na długotrwałe matowienie. Jednak muszę podkreślić, że jeśli chodzi o błyszczenie się buzi, to nie mam sobie konkurencji i niewiele produktów matuje mnie na długo. Poza tym jest spoko.

Krem korygujący z kwasami AHA i PHA ma przede wszystkim matowić skórę i przywrócić jej harmonię, bo ma też nawilżać. Tak, skórę przetłuszczającą się też trzeba nawilżać i to jest błąd wielu osób posiadającą taką cerę, która dodatkowo ją wysusza. Oczywiście powodując zaburzenie gruczołów łojowych, które wtedy powodują jeszcze bardziej wzmożoną produkcję sebum. Zanim się tego nauczyłam też robiłam sobie takie kuku. I jeśli chodzi o przywrócenie tej równowagi, to ona działa. Moja skóra rzeczywiście jest nawilżona, ale zmatowiona tylko na chwilę, ale jak już wspomniałam u mnie na długotrwałe matowienie nie ma szans. Poza tym nie widzę sensu matowienia cery na noc, więc w sumie nie wymagam tego od tego kremu, który jest przeznaczony na dobranoc.

Od kremu normalizującego już tak. Chociaż wiem, że to złudna nadzieja. Oczywiście cera matowa jest przez te kilka godzin, może u normalnych osób będzie to dłuższy czas ;) Ten krem w połączeniu z tym na noc ma w zasadzie takie samo działanie, ma przywrócić równowagę między przetłuszczającą się strefą T, a tą, która potrzebuje nawilżenia. Uważam, że w parze te produkty dają radę. Dodatkowo można tam znaleźć SPF10, mało, dla mnie zdecydowanie za mało, bo dziesiątka przepuszcza praktycznie tyle promieni UV, co nie posiadanie filtru wcale, no ale fajnie, że jest xD

Podsumowując: Fajny zestaw w dobrej cenie, bo około trzydzieści kilka złotych za produkt. Peeling wymiata i naprawdę polecam go wypróbować. Pozostałe produkty nie zrobiły na mnie aż tak wielkiego wrażenia, może przez to, że spodziewałam się bardziej spektakularnego oczyszczenia i może jednak zmniejszenia wydzielania sebum, co nie znaczy, że u Was nie będzie ten efekt widoczniejszy. Bądź nie. Nigdy nie wiadomo jak nasza cera zareaguje na dany produkt. Za to jeśli szukacie czegoś z kwasami, to warto zwrócić uwagę na te produkty.

środa, 16 maja 2018

"Nieodnaleziona" Remigiusz Mróz | Oraz moje skromne 3 grosze

20:09 4 Komentarze

Ta książka wybudziła ze mnie pewne uśpione emocje. Nie będę się zagłębiać w szczegóły, bo zwyczajnie nie chcę o tym mówić, ale zostały u mnie poruszone pewne struny, które sprawiły, że ta książka zapadnie na długo w mojej pamięci.

W zasadzie nie wiedziałam czego się spodziewać, Mroza uwielbiam, ale na Czarnej Madonnie się zawiodłam i obawiałam się, że tutaj też będzie wtopa, bo jakoś tak najlepiej wychodzi mu według mnie Chyłka i Forst. Jednak już od pierwszych stron nie pożałowałam wydanych pieniędzy. I już przybliżam dlaczego tak twierdzę.

Historia dotyczy laski (Ewy), które ginie na 10 lat i po tym czasie jej narzeczony (Werner) trafia na jej zdjęcie na spotted, gdzie ktoś tej laski poszukuje. Chce się dowiedzieć kto jej szuka, dlaczego i co się działo z Ewką przez te wszystkie lata. Wynajmuje firmę detektywistyczną, w której żona właściciela (Kasandra) pada ofiarą przemocy domowej i próbuje odszukać wraz z nim zaginioną.
Chyba najistotniejsze jest to, że w książkę jest bardzo dostanie poruszana kwestia przemocy domowej. Nie da się po przeczytaniu Nieodnalezionej nie zacząć rozmyślać nad tym, co jest opisane. Nad tym, że być może tuż obok mąż leje swoją żonę do nieprzytomności. Nie da się. Wydaje mi się, że Mróz doskonale oddaje to, co dzieje się w głowie ofiary. Kiedy czytałam doznawane krzywdy, które przyjmowała bohaterka, miałam wrażenie, że i mnie wszystko boli, że sama napinam mięśnie, jakbym to ja miała otrzymać zaraz cios. Oczywiście nie ominęło mnie zastanawianie się nad tym, dlaczego ona nic z tym nie robi i trwa w takim toksycznym związku, ale sama znam poniekąd odpowiedź, gdzie to nie książa tej odpowiedzi mi udziela. I z pewnością każdy kto czytam te książkę spróbuje zrozumieć. Chociaż koniec tej historii jest tak zawiły, że gęba się rozdziawia.

Co do samej fabuły, to jest niesamowicie interesująca. Na tyle, że chce się czytać kolejną i kolejna stronę. Akcję są dynamiczne i nie ma szans na nudę, czasem nawet nie było czasu na siku xD. Pomimo tego, że mam kilka wątpliwości i luk, które mnie nurtują. Jak na przykład to, skąd jedna z bohaterek wiedziała rzeczy, o których naprawdę wiedzieć nie powinna. Być może to ja coś przeoczyłam, choć nie sądzę, bo to nie szkolna lektura, że czytam z przymusu, tylko z przyjemność i raczej robię to z uwagą. Gdyby jednak było inaczej, to chętnie poznam odpowiedź.

Teraz, kiedy już nieco emocje opadły po przeczytaniu Nieodnalezionej czuje się trochę skołowana i zmanipulowana, ale pozytywnie, bo to, jaki twist funduje nam Mróz jest nie do ogarnięcia :D Wydaje mi się, że takiego mętliku w głowie jeszcze nie miałam chyba przy żadnej książce Remka. Biją się we mnie jeszcze sprzeczne emocje tego, czy szczerze współczuję głównej bohaterce (Kasandrze) czy wręcz jej nienawidzę. Dalej nie znajduje jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że jednak zmierza ku nienawiści. Nie chcę Wam niczego zdradzać, bo odbiorę te przyjemność z przekonywania się o tym na własnej skórze, a chętnie dowiem się, co myślicie o Reimannowej.
Książka zmusza do refleksji, przemyśleń i zdecydowanie stwierdzam, że to jeden z lepszych polskich thrillerów psychologicznych jakie czytałam. Pomimo tych niedopowiedzeń, które gdzieś mnie tam gryzą. Polecam, serio warto zagłębić się w świat Nieodnalezionej ;)

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Na skraju załamania" i "W domu" - warto przeczytać! Polecam - ja.

12:43 15 Komentarze
Powiem tak. Książki, to ja wciągam nosem. Kończę jedną i zaraz zaczynam drugą. W moim nudnym życiu, przynajmniej książki wciągają mnie w inny świat. I jeśli miałabym powiedzieć co jest moim uzależnieniem, to odparłabym bez zastanowienia - czytanie. Statystyczny Polak podobno nie czyta, ale te książki naprawdę się sprzedają, ktoś je kupuje i wydaje mi się, że nie tylko po to, żeby stały na półce i zdobiły ścianę. A teraz tak z ręką na sercu, przyznajcie, ile w zeszłym roku przeczytaliście książek? Ja nie pamiętam, straciłam rachubę. Wiem, że od początku roku pochłonęłam 8 lektur, chociaż pewnie gdyby nie fejsbuk i to, że udostępniam tam co czytam, też już bym pewnie nie wiedziała ;) Przejdźmy do bohaterów dzisiejszego pieprzenia.


"W domu" Harlana Cobena
Jeśli ktoś z Was zaczął czytać serię z Myronem Bolitarem, to będzie zachwycony, że wyszła kolejna część z tym oto Panem. Jest to już 11 tom z serii o byłym, kontuzjowanym zawodniku koszykówki i jego obrzydliwie bogatym przyjacielu Winie. Serię te zaczęłam czytać mając jakieś 18 czy 19 lat i było ogrom momentów, kiedy siedziałam zalana łzami, albo miałam gęsią skórkę. Coben wie, w które struny uderzyć w czytelniku.
"W domu" jest zdecydowanie jedną z nich. A mianowicie 10 lat temu ginie dwójka bogatych gówniarzy. Przez ten piekielnie długi okres nie ma po nich śladu, do dnia, kiedy to jeden z nich, już jako nastolatek odnajduje się. I pytanie, co się z nim działo przez te 10 lat, w jaki sposób został porwany i w ogóle o co kaman.
Brzmi kusząco, bo jak w książkach przewijają się dzieci, to zawsze jest ciekawie. Coben trzyma w napięciu, rzuca błyskotliwymi dialogami i zwrotami akcji. Zakończenie jest ciekawe, choć momentami przewidywalne. Choć ja w przypadku Cobena nie potrafię być obiektywna, zżywam się z bohaterami i każda kolejna część z tą dwójką popaparańców będzie mi się podobała. Mimo to uważam, że wato po nią sięgnąć, jeśli tylko macie przeczytane wcześniejsze tomy. Nie, żeby to wykluczało całkowicie przeczytanie 11 tomu, jeśli nie macie przeczytanych poprzednich, ale lepiej trwać z bohaterami od początku, niż zaczynać od dupy strony.

"Na skraju załamania" B.A. Paris
Jak czytaliście "Za zamkniętymi drzwiami" to, to jest ta sama laska. Chociaż sądząc po roczniku może już nie taka młoda, mniejsza. Myśląc o tamtej książce mój mózg krzyczy "zajebista!". Z tą mam bardzo, bardzo podobnie.
Książka generalnie jest o tym, że typiara mija w nocy, w lesie i w burzy samochód, stoi bez żanych oznak, że potrzebuje pomocy, więc ta jedzie dalej. Na następny dzień dowiaduje się, że ta w samochodzie została zamordowana i dręczą bohaterkę wyrzuty sumienia. Później jej trochę odpierdala i żeby poznać co dalej najlepiej te książkę sobie przeczytać!
Powiem tak, osobiście skróciłam bym te książkę o dobre 50 stron. Momentami ta cała Cass (główna postać) wkurwia tym swoim marazmem i ma się ochotę nią potrząsnąć! Mimo to, nie można autorce odmówić tego, że doskonale kreuje postaci. I razem z bohaterką przeżywamy jej niepokój, zastanawiając się komu tak naprawdę można zaufać.
Zakończenie doskonałe, totalnie nieprzewidywalne i ja czuje się zachwycona zaistniałą intrygą.
Chętnie przeczytam coś, co jeszcze napisze autorka i mam nadzieję, że będzie nieco odbiegało od tych dwóch historii zniszczonych psychicznie i emocjonalnie kobiet.

Kolejne 4 pozycje mam już zamówione. W tempie, w którym czytam książki powinnam w przeciągu kilku lat zbankrutować. Cóż, przynajmniej będę szczęśliwą posiadaczką książek xD coś za coś.
PS. Nie miałam czasu na umycie okien dla Jezuska, bo byłam zajęta czytaniem, myślicie, że pójdę
za to do piekła?



Pozdrowienia i mokrego poniedziałku. Albo nie, bo jeszcze nie wiem kiedy opublikuje ten post.

niedziela, 11 marca 2018

Makijaż na dziś - fiołki, krokusy i inne takie

15:33 18 Komentarze
Miło jest nie mieć gorączki, serio. Wracam dopiero z zaświatów. Od poniedziałku miałam ciągle temperaturę powyżej 37,5. Koszmar kurwa, koszmar. I wiecie co robiłam przez ten czas? Nic. Nie byłam w stanie. Obejrzałam trochę beznadziejnych filmów, chociaż nie, jeden był nawet spoko, Sally, z Tomem Hanksem, o pilocie, który lądował awaryjnie na rzece Hudson, ten jest godny polecenia. No i byczka Fernando obejrzałam, też fajna bajka. A nie, był jeszcze Doktor Strange, Benedict Cumberbatch to takie ciacho! Zerknijcie. A tak to przespałam ten czas, albo przeleżałam. Nawet jeść mi się nie chciało, bo nic a nic nie czułam zapachu i smaku. Współczuje wszystkim, którzy jeszcze się męczą z tym wirusem, bo mnie położył na dechy.
Wczoraj też zaczęłam oglądać Black Mirror. Pierwszy odcinek, gdzie facet rucha świnie dość specyficzny, ale później się rozkręca, obiecuje :D
Dzisiaj jest za to tak ładnie i tak miło mi na sercu, że jestem już zdrowa, że postanowiłam świętować to makijażem i Karmi xD jak zwykle nie jestem w stu procentach zadowolona z tego co zmalowałam i z samych zdjęć też nie do końca nie, ale i dont care.



Brwi: pomada Wibo Dark Brown, korektor Catrice Liquid Camuflage, korektor do brwi Eveline 5 w 1
Oczy: cień Maybelline Color 24hr Tattoo #91,paleta Too Faced Chocolate Bar, paleta Sleek Monaco, Storm, cień Makeup Geek Phantom, korektor Catrice Liquid Camuflage, pigment Makeup Geek Mily Way, eyeliner Maybelline Eyestudio Lasting Drama, tusz Miss Sporty 100% Rock, rzęsy z Aliexpress
Twarz: podkład Catrice Liquid Coverage 010, puder Ecocera ryżowy, bronzer Too Faced Chocolate Soleil, rozświetlacz i róż Mary Kay Juicy Guava
Usta: Pudaier #01

_______________________________________________
Robiłam też zdjęcie do paszportu i nie omieszkam pochwalić się swoją kryminalną mordą! :D 
Dobra dupa ze mnie co nie? xD 

A tymczasem życzę Wam ciepłej i słonecznej niedzieli :) 

Follow Us @wdowapostalinie