czwartek, 28 czerwca 2018

Nou Oliban | Niech Twój mężczyzna pachnie jak mirra i kadzidło

20:22 3 Komentarze

Za pośrednictwem Only You zostałam testerką oto tych perfum. W zasadzie ściślej ujmując nie ja, a mój facet. Pierwsze co pomyślałam, to żeby wkręcić go w rolę blogera/testera, z tym, że lepiej abym to ja ubrała to wszystko w słowa. Pierwszy niuch też musiał należeć oczywiście do mnie. I pierwsze wrażenie również...a ono było bardzo rozczarowujące.

Producent o swoim zapachu mówi, że jest on stworzony dla eleganckich mężczyzn, nowoczesnych, stanowczych i pewnych swej wartości. No niby się tam zgadza co nieco z tym moim mężczyzną, więc zapach powinien do niego pasować. A mnie, jako kobietę powinien intrygować i dawać poczucie bezpieczeństwa. Także jak facet jest cipa, ale popryska się tymi perfumami, to będzie spoko.
Najistotniejszą kwestią jest jednak to, że jak tylko je niuchnęłam, to stwierdziłam jednoznacznie, że śmierdzą. I to zdecydowanie nie jest zapach, który w zaintrygował by mnie tak pachnącym mężczyzną. Mój facet też zdecydował, że tak pachnieć nie będzie. Uf, na szczęście podobają nam się podobne zapachy, bo nie zniosłabym, gdyby mi tak śmierdział. A powodem jest fakt, że perfumy to kompozycja typowo orientalno-drzewna, dość specyficzna i niestety albo stety nie każdy nos jest w stanie je docenić. Nasz na pewno nie. Nuty głowy to: oliban, elemi, rumianek. Nuty serca: oliban, paczuli, citrus. A nuta bazy to: drzewo sandałowe, skóra, wanilia i benzoin. Po takiej konfiguracji stwierdziłabym, że będą ładne, ale nie, dla mnie są zdecydowanie zbyt ostre, zbyt agresywne. Przytłaczają swoim zapachem i zamiast przyciągać - mnie odrzucają. Szczególnie dla młodego faceta nie sądzę, by były odpowiednie. Dla dojrzałych mężczyzn, tak jak nasi tatuśkowie już pewnie byłby to bardziej trafiony prezent, oni prędzej docenią taką kompozycje zapachową. Może jak będę w wieku swojej mamy, to zaczną mi się podobać tak pachnący mężczyźni ;)

Może na dzień ojca byłby to doskonały prezent, szkoda, że jestem na tyle rozgarnięta by pisać o tym właśnie teraz, prawie tydzień po xD Pewnie jednak będą jeszcze jakieś urodziny/imieniny w tym czasie, więc w razie czego można je dostać w cenie regularnej za 59 zł w Rossmannie. Jeśli jesteście ciekawe, jak bardzo męski i intrygujący jest ten zapach, to warto się do drogerii udać i poniuchać, czy trafia w Wasze gusta, te męskie czy te damskie.

Dobrego dnia!

niedziela, 24 czerwca 2018

Recenzja Floslek Balance T-zone | Pomoc dla problematycznej skóry

21:35 9 Komentarze

Dzięki uprzejmości Only You mam przyjemność testować ten oto zestaw z załączonego obrazka dla skóry problematycznej. Ucieszyłam się na te możliwość, gdyż moja gęba od lat boryka się z przetłuszczaniem się i drobnymi wypryskami, które szczególnie dają się we znaki przed okresem. Nie mówiąc już o tym, że moje zatkane pory nieciekawie się prezentują, ale z tym nie poradzę sobie chyba nigdy korzystając tylko z tego typu produktów dostępnym bez recepty.

Zacznę więc od produktu, który wywarł na mnie największe wrażenie, a jest to peeling z kwasami AHA. Dla mnie to doskonałość w każdym calu. Produkt jest bezbarwny, nie zawiera żadnych drobinek, a zawartość kwasów powoduje (jak to nazywa producent) gumkowanie. Czyli cały syf z ryja schodzi podczas wcierania tego czegoś. Super uczucie, poza tym dokładnie można się nim dostać do każdego zakamarka twarzy, przez co w każdym miejscu jest ona dobrze oczyszczona i pozbawiona zrogowaciałego naskórka. Skóra staje się miękka i lepiej przygotowana do nakładania kolejnych produktów, czy to kremów, czy po prostu makijażu. Długie stosowanie (moje już dobry 5 tydz.) powoduje lepszą kondycje twarzy i mam tu na myśli fakt, że jest ona bardziej, hmm, bardziej promienna i elastyczna. Coś w tym stylu :D Ogólnie dla mnie bomba jeśli chodzi o peeling i pewnie zrobię zapas po zużyciu tego. Oczywiście polecany dla VEGAN i WEGETARIAN. LOL. Nie skomentuje tego, ale jeśli jesteście którymś z nich, to możecie sobie bez wyrzutów sumienia stosować.

Kolej pada na glinkę, Instant detox 2 in 1. Można używać tak, żeby sobie zastygała na papie i jako produkt do mycia na szybko. Ja stosowałam przede wszystkim ją jako tę wersję na szybko. Fajnie oczyszcza z jakiś drobiazgów, które nie domyłam demakijażem i z tego syfu, który zbiera się przez cały dzień, ale nie dopatrzyłam się głębokiego oczyszczenia. Wszystkie to, co mam zatkane mam zatkane nadal. Nie oczyszcza ona głęboko porów i raczej nie można sięteż nastawiać na długotrwałe matowienie. Jednak muszę podkreślić, że jeśli chodzi o błyszczenie się buzi, to nie mam sobie konkurencji i niewiele produktów matuje mnie na długo. Poza tym jest spoko.

Krem korygujący z kwasami AHA i PHA ma przede wszystkim matowić skórę i przywrócić jej harmonię, bo ma też nawilżać. Tak, skórę przetłuszczającą się też trzeba nawilżać i to jest błąd wielu osób posiadającą taką cerę, która dodatkowo ją wysusza. Oczywiście powodując zaburzenie gruczołów łojowych, które wtedy powodują jeszcze bardziej wzmożoną produkcję sebum. Zanim się tego nauczyłam też robiłam sobie takie kuku. I jeśli chodzi o przywrócenie tej równowagi, to ona działa. Moja skóra rzeczywiście jest nawilżona, ale zmatowiona tylko na chwilę, ale jak już wspomniałam u mnie na długotrwałe matowienie nie ma szans. Poza tym nie widzę sensu matowienia cery na noc, więc w sumie nie wymagam tego od tego kremu, który jest przeznaczony na dobranoc.

Od kremu normalizującego już tak. Chociaż wiem, że to złudna nadzieja. Oczywiście cera matowa jest przez te kilka godzin, może u normalnych osób będzie to dłuższy czas ;) Ten krem w połączeniu z tym na noc ma w zasadzie takie samo działanie, ma przywrócić równowagę między przetłuszczającą się strefą T, a tą, która potrzebuje nawilżenia. Uważam, że w parze te produkty dają radę. Dodatkowo można tam znaleźć SPF10, mało, dla mnie zdecydowanie za mało, bo dziesiątka przepuszcza praktycznie tyle promieni UV, co nie posiadanie filtru wcale, no ale fajnie, że jest xD

Podsumowując: Fajny zestaw w dobrej cenie, bo około trzydzieści kilka złotych za produkt. Peeling wymiata i naprawdę polecam go wypróbować. Pozostałe produkty nie zrobiły na mnie aż tak wielkiego wrażenia, może przez to, że spodziewałam się bardziej spektakularnego oczyszczenia i może jednak zmniejszenia wydzielania sebum, co nie znaczy, że u Was nie będzie ten efekt widoczniejszy. Bądź nie. Nigdy nie wiadomo jak nasza cera zareaguje na dany produkt. Za to jeśli szukacie czegoś z kwasami, to warto zwrócić uwagę na te produkty.

środa, 16 maja 2018

"Nieodnaleziona" Remigiusz Mróz | Oraz moje skromne 3 grosze

20:09 3 Komentarze

Ta książka wybudziła ze mnie pewne uśpione emocje. Nie będę się zagłębiać w szczegóły, bo zwyczajnie nie chcę o tym mówić, ale zostały u mnie poruszone pewne struny, które sprawiły, że ta książka zapadnie na długo w mojej pamięci.

W zasadzie nie wiedziałam czego się spodziewać, Mroza uwielbiam, ale na Czarnej Madonnie się zawiodłam i obawiałam się, że tutaj też będzie wtopa, bo jakoś tak najlepiej wychodzi mu według mnie Chyłka i Forst. Jednak już od pierwszych stron nie pożałowałam wydanych pieniędzy. I już przybliżam dlaczego tak twierdzę.

Historia dotyczy laski (Ewy), które ginie na 10 lat i po tym czasie jej narzeczony (Werner) trafia na jej zdjęcie na spotted, gdzie ktoś tej laski poszukuje. Chce się dowiedzieć kto jej szuka, dlaczego i co się działo z Ewką przez te wszystkie lata. Wynajmuje firmę detektywistyczną, w której żona właściciela (Kasandra) pada ofiarą przemocy domowej i próbuje odszukać wraz z nim zaginioną.
Chyba najistotniejsze jest to, że w książkę jest bardzo dostanie poruszana kwestia przemocy domowej. Nie da się po przeczytaniu Nieodnalezionej nie zacząć rozmyślać nad tym, co jest opisane. Nad tym, że być może tuż obok mąż leje swoją żonę do nieprzytomności. Nie da się. Wydaje mi się, że Mróz doskonale oddaje to, co dzieje się w głowie ofiary. Kiedy czytałam doznawane krzywdy, które przyjmowała bohaterka, miałam wrażenie, że i mnie wszystko boli, że sama napinam mięśnie, jakbym to ja miała otrzymać zaraz cios. Oczywiście nie ominęło mnie zastanawianie się nad tym, dlaczego ona nic z tym nie robi i trwa w takim toksycznym związku, ale sama znam poniekąd odpowiedź, gdzie to nie książa tej odpowiedzi mi udziela. I z pewnością każdy kto czytam te książkę spróbuje zrozumieć. Chociaż koniec tej historii jest tak zawiły, że gęba się rozdziawia.

Co do samej fabuły, to jest niesamowicie interesująca. Na tyle, że chce się czytać kolejną i kolejna stronę. Akcję są dynamiczne i nie ma szans na nudę, czasem nawet nie było czasu na siku xD. Pomimo tego, że mam kilka wątpliwości i luk, które mnie nurtują. Jak na przykład to, skąd jedna z bohaterek wiedziała rzeczy, o których naprawdę wiedzieć nie powinna. Być może to ja coś przeoczyłam, choć nie sądzę, bo to nie szkolna lektura, że czytam z przymusu, tylko z przyjemność i raczej robię to z uwagą. Gdyby jednak było inaczej, to chętnie poznam odpowiedź.

Teraz, kiedy już nieco emocje opadły po przeczytaniu Nieodnalezionej czuje się trochę skołowana i zmanipulowana, ale pozytywnie, bo to, jaki twist funduje nam Mróz jest nie do ogarnięcia :D Wydaje mi się, że takiego mętliku w głowie jeszcze nie miałam chyba przy żadnej książce Remka. Biją się we mnie jeszcze sprzeczne emocje tego, czy szczerze współczuję głównej bohaterce (Kasandrze) czy wręcz jej nienawidzę. Dalej nie znajduje jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że jednak zmierza ku nienawiści. Nie chcę Wam niczego zdradzać, bo odbiorę te przyjemność z przekonywania się o tym na własnej skórze, a chętnie dowiem się, co myślicie o Reimannowej.
Książka zmusza do refleksji, przemyśleń i zdecydowanie stwierdzam, że to jeden z lepszych polskich thrillerów psychologicznych jakie czytałam. Pomimo tych niedopowiedzeń, które gdzieś mnie tam gryzą. Polecam, serio warto zagłębić się w świat Nieodnalezionej ;)

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Na skraju załamania" i "W domu" - warto przeczytać! Polecam - ja.

12:43 12 Komentarze
Powiem tak. Książki, to ja wciągam nosem. Kończę jedną i zaraz zaczynam drugą. W moim nudnym życiu, przynajmniej książki wciągają mnie w inny świat. I jeśli miałabym powiedzieć co jest moim uzależnieniem, to odparłabym bez zastanowienia - czytanie. Statystyczny Polak podobno nie czyta, ale te książki naprawdę się sprzedają, ktoś je kupuje i wydaje mi się, że nie tylko po to, żeby stały na półce i zdobiły ścianę. A teraz tak z ręką na sercu, przyznajcie, ile w zeszłym roku przeczytaliście książek? Ja nie pamiętam, straciłam rachubę. Wiem, że od początku roku pochłonęłam 8 lektur, chociaż pewnie gdyby nie fejsbuk i to, że udostępniam tam co czytam, też już bym pewnie nie wiedziała ;) Przejdźmy do bohaterów dzisiejszego pieprzenia.


"W domu" Harlana Cobena
Jeśli ktoś z Was zaczął czytać serię z Myronem Bolitarem, to będzie zachwycony, że wyszła kolejna część z tym oto Panem. Jest to już 11 tom z serii o byłym, kontuzjowanym zawodniku koszykówki i jego obrzydliwie bogatym przyjacielu Winie. Serię te zaczęłam czytać mając jakieś 18 czy 19 lat i było ogrom momentów, kiedy siedziałam zalana łzami, albo miałam gęsią skórkę. Coben wie, w które struny uderzyć w czytelniku.
"W domu" jest zdecydowanie jedną z nich. A mianowicie 10 lat temu ginie dwójka bogatych gówniarzy. Przez ten piekielnie długi okres nie ma po nich śladu, do dnia, kiedy to jeden z nich, już jako nastolatek odnajduje się. I pytanie, co się z nim działo przez te 10 lat, w jaki sposób został porwany i w ogóle o co kaman.
Brzmi kusząco, bo jak w książkach przewijają się dzieci, to zawsze jest ciekawie. Coben trzyma w napięciu, rzuca błyskotliwymi dialogami i zwrotami akcji. Zakończenie jest ciekawe, choć momentami przewidywalne. Choć ja w przypadku Cobena nie potrafię być obiektywna, zżywam się z bohaterami i każda kolejna część z tą dwójką popaparańców będzie mi się podobała. Mimo to uważam, że wato po nią sięgnąć, jeśli tylko macie przeczytane wcześniejsze tomy. Nie, żeby to wykluczało całkowicie przeczytanie 11 tomu, jeśli nie macie przeczytanych poprzednich, ale lepiej trwać z bohaterami od początku, niż zaczynać od dupy strony.

"Na skraju załamania" B.A. Paris
Jak czytaliście "Za zamkniętymi drzwiami" to, to jest ta sama laska. Chociaż sądząc po roczniku może już nie taka młoda, mniejsza. Myśląc o tamtej książce mój mózg krzyczy "zajebista!". Z tą mam bardzo, bardzo podobnie.
Książka generalnie jest o tym, że typiara mija w nocy, w lesie i w burzy samochód, stoi bez żanych oznak, że potrzebuje pomocy, więc ta jedzie dalej. Na następny dzień dowiaduje się, że ta w samochodzie została zamordowana i dręczą bohaterkę wyrzuty sumienia. Później jej trochę odpierdala i żeby poznać co dalej najlepiej te książkę sobie przeczytać!
Powiem tak, osobiście skróciłam bym te książkę o dobre 50 stron. Momentami ta cała Cass (główna postać) wkurwia tym swoim marazmem i ma się ochotę nią potrząsnąć! Mimo to, nie można autorce odmówić tego, że doskonale kreuje postaci. I razem z bohaterką przeżywamy jej niepokój, zastanawiając się komu tak naprawdę można zaufać.
Zakończenie doskonałe, totalnie nieprzewidywalne i ja czuje się zachwycona zaistniałą intrygą.
Chętnie przeczytam coś, co jeszcze napisze autorka i mam nadzieję, że będzie nieco odbiegało od tych dwóch historii zniszczonych psychicznie i emocjonalnie kobiet.

Kolejne 4 pozycje mam już zamówione. W tempie, w którym czytam książki powinnam w przeciągu kilku lat zbankrutować. Cóż, przynajmniej będę szczęśliwą posiadaczką książek xD coś za coś.
PS. Nie miałam czasu na umycie okien dla Jezuska, bo byłam zajęta czytaniem, myślicie, że pójdę
za to do piekła?



Pozdrowienia i mokrego poniedziałku. Albo nie, bo jeszcze nie wiem kiedy opublikuje ten post.

niedziela, 11 marca 2018

Makijaż na dziś - fiołki, krokusy i inne takie

15:33 18 Komentarze
Miło jest nie mieć gorączki, serio. Wracam dopiero z zaświatów. Od poniedziałku miałam ciągle temperaturę powyżej 37,5. Koszmar kurwa, koszmar. I wiecie co robiłam przez ten czas? Nic. Nie byłam w stanie. Obejrzałam trochę beznadziejnych filmów, chociaż nie, jeden był nawet spoko, Sally, z Tomem Hanksem, o pilocie, który lądował awaryjnie na rzece Hudson, ten jest godny polecenia. No i byczka Fernando obejrzałam, też fajna bajka. A nie, był jeszcze Doktor Strange, Benedict Cumberbatch to takie ciacho! Zerknijcie. A tak to przespałam ten czas, albo przeleżałam. Nawet jeść mi się nie chciało, bo nic a nic nie czułam zapachu i smaku. Współczuje wszystkim, którzy jeszcze się męczą z tym wirusem, bo mnie położył na dechy.
Wczoraj też zaczęłam oglądać Black Mirror. Pierwszy odcinek, gdzie facet rucha świnie dość specyficzny, ale później się rozkręca, obiecuje :D
Dzisiaj jest za to tak ładnie i tak miło mi na sercu, że jestem już zdrowa, że postanowiłam świętować to makijażem i Karmi xD jak zwykle nie jestem w stu procentach zadowolona z tego co zmalowałam i z samych zdjęć też nie do końca nie, ale i dont care.



Brwi: pomada Wibo Dark Brown, korektor Catrice Liquid Camuflage, korektor do brwi Eveline 5 w 1
Oczy: cień Maybelline Color 24hr Tattoo #91,paleta Too Faced Chocolate Bar, paleta Sleek Monaco, Storm, cień Makeup Geek Phantom, korektor Catrice Liquid Camuflage, pigment Makeup Geek Mily Way, eyeliner Maybelline Eyestudio Lasting Drama, tusz Miss Sporty 100% Rock, rzęsy z Aliexpress
Twarz: podkład Catrice Liquid Coverage 010, puder Ecocera ryżowy, bronzer Too Faced Chocolate Soleil, rozświetlacz i róż Mary Kay Juicy Guava
Usta: Pudaier #01

_______________________________________________
Robiłam też zdjęcie do paszportu i nie omieszkam pochwalić się swoją kryminalną mordą! :D 
Dobra dupa ze mnie co nie? xD 

A tymczasem życzę Wam ciepłej i słonecznej niedzieli :) 

sobota, 24 lutego 2018

Makijaż na dziś - Golden Line

14:26 9 Komentarze
Jeśli istnieje zimowa chandra, to ja ją mam, więc jakby nic mądrego więcej nie napisze.





Brwi: pomada Wibo Dark Brown, korektor Catrice Liquid Camuflage, korektor do brwi Eveline 5 w 1
Oczy: cień Maybelline Color 24hr Tattoo #91, cień My Secret Matt Eye Shadow #505, cienie Makeup Geek Baby Face, Bada Bing, Barcelona Beach, Typhoon, Inglot Duraline, pigment Makeup Geek Liquid Gold, jakieś chińskie rzęsy nie wiadomo skąd, tusz Miss Sporty Studio Lash Designer
Twarz: Biotherm Purefect Skin, podkład Catrice Liquid Coverage 010, puder Ecocera ryżowy, bronzer Too Faced Chocolate Soleil, rozświetlacz Mary Kay Watermalon
Usta: Pudaier #14



Dobrego dnia!

niedziela, 18 lutego 2018

Makijaż na dziś - Trup

12:51 18 Komentarze
Z założenia makijaż ten miał mieć całką inną nazwę, ale to co mam na ustach wygląda jakbym leżała tydzień w wodzie i to martwa. Odcień Stone- podobno, bo z kamieniem nie ma to wiele wspólnego, a zastyga na jakiś dziwny fiolet, choć w opakowaniu wydaje się być piękny. Chciałam dać tej pomadce jeszcze jedną szansę, ale nie, jest do dupy i nie będę jej używać. Ostatnio w ogóle coś mi nie idzie i mam wrażenie, że wszystko wychodzi mi dokładnie tak samo. Muszę coś zmienić! I najlepiej mieć więcej wolnego na takie cuda.

Zorientowałam się wreszcie od czego tak zajebiście szczypią mnie oczy podczas malowania, otóż po bazie z Too Faced! Nigdy wcześniej mi tego nie robiła, więc uznałam, że jestem nieogarem i nie zauważyłam, że straciła swoją ważność. Poszła do kosza, czas na wybranie nowej bazy.

A, podcięłam trochę włosy, czuje się z tym lepiej, ale żeby za podcięcie końcówek wciąć 60 zł to jakaś kurwa paranoja. Czaje, że umyto mi łeb, wysuszono i wyprostowano, ale mimo wszystko to kupę kasy! Dobra, tak tylko chciałam się wyżalić.



Brwi: farbka do brwi Makeup Revolution Ultra Aqua Brow Tint Light, pomada Wibo Dark Brown, korektor Catrice Liquid Camuflage, korektor do brwi Eveline 5 w 1
Oczy: baza Too Faced Shadow Insurance, cienie Makeup Geek Drama Queen, Corrupt, Mai Tai, Baby Face, Barcelona Becah, Voltage, cień Melkior Wild Cherry, korektor Catrice Liquid Camuflage pigment Makeup Geek New Years, tusz Miss Sporty 100% Rock, rzęsy Ardell Double Wispies Twarz: olejek rozświetlający Naturativ, podkład Catrice Liquid Coverage 010, puder Ecocera ryżowy, bronzer TheBalm Bahama Mama,  rozświetlacz Makeup Revolution Vivid Baked Highlighter Golden Lights
Usta: pomadka Dose of colors Stone


Miłej niedzieli!

niedziela, 4 lutego 2018

Makijaż na dziś - Princess Persia

13:56 37 Komentarze
Nie do końca jestem zadowolona z tego makijażu, coś mi dzisiaj nic nie wychodziło. To błyszczące gówno z Inglota nie chciało się uchwycić na zdjęciach i tylko się wkurzałam. Podkład też nie chciał współpracować i mam wrażenie, że wyłażą mi pomarańczowe plamy. Brwi też są jakieś inne niż zwykle. W ogóle, to zaczyna mnie boleć głowa. Pierdole, idę to zmyć. Ale wstawię jeszcze to, co w miarę udało mi się złapać i nie wygląda tak tragicznie.
Brwi: farbka do brwi Makeup Revolution Ultra Aqua Brow Tint Light, pomada Wibo Dark Brown, korektor Catrice Liquid Camuflage, korektor do brwi Eveline 5 w 1
Oczy: baza Too Faced Shadow Insurance, paleta Too Faced Chocolate Bar, pigment Makeup Geek Liquid Gold, pigment Inglot #86, kredka Golden Rose Kohle Kajal, eyeliner Maybelline Eyestudio Lasting Drama, tusz Maybelline L'Oreal False Lash Wings, rzęsy z Aliexpress
Twarz: olejek rozświetlający Naturativ, podkład Catrice Liquid Coverage 010, puder Ecocera ryżowy, bronzer Too Faced Chocolate Soleil, cień jako rozświetlacz Makeup Geek Mai Tai
Usta: MDMFlow Bossy


Dobrej niedzieli! 

czwartek, 1 lutego 2018

Makijaż na dziś - Old rose | Nikon D5300

12:57 22 Komentarze
Old rose to bardziej nawiązanie do tego, co mam na ustach, bo na oczach mam w sumie nie wiadomo co i nie mogłam znaleźć nazwy dla tego czegoś. Jednak zatęskniłam troszkę za makijażami, więc może, może będzie tego ciut więcej i ciut częściej. Mam w sumie w planach coś grubszego, ale nie wiem co z tego wyjdzie, więc na razie nic więcej nie powiem!

Od kilku dni jestem szczęśliwą posiadaczką nowego aparatu, a jest to Nikon D5300. Może on mnie tak natchnął do tworzenia nowych rzeczy, a może kupiłam go po to, żeby te nowe rzeczy tworzyć. W sumie o nie wiem, nieważne. Nie ogarniam go jeszcze na tyle, na ile bym chciała, ale chyba się nauczę, bo przecież nie jestem aż takim technologicznym imbecylem. Muszę domówić jeszcze do niego lampę pierścieniową i statyw. Ta wmontowana w zasadzie daje sobie świetnie radę, ale do makijaży i zdjęć portretowych ta okrągła będzie lepsza. Jakość w porównaniu do mojego poprzedniego aparatu, klasycznego staruszka D40 jest o niebo lepsza. Wprawdzie jego poprzednikowi nie mam nic do zarzucenia, robił niesamowicie dobre zdjęcia, ale tym nowym jestem pod wrażeniem. W końcu kolory makijażu nie są przekłamane! Teraz jeszcze przez długi długi czas będę się nim jarać i będę pisać co nowego w nim odkryłam :D

No dobra, przejdźmy zatem do makijażu.


Brwi: farbka do brwi Makeup Revolution Ultra Aqua Brow Tint Light i Medium, korektor Catrice Liquid Camuflage, korektor do brwi Eveline 5 w 1
Oczy: baza Too Faced Shadow Insurance, paleta Too Faced Chocolate bar, Semi Sweet, korektor Catrice Liquid Camuflage, paletka Astor Eye Artist 230, cień Makeup Geek Phantom, kredka Golden Rose Kohle Kajal, eyeliner Maybelline Eyestudio Lasting Drama, tusz Maybelline L'Oreal False Lash Wings, rzęsy z Aliexpress
Twarz: olejek rozświetlający Naturativ, podkład Catrice Liquid Coverage 010, puder Ecocera ryżowy, bronzer Too Faced Chocolate Soleil rozświetlacz Sculpt & Glow  Highlighter Stick 02
Usta: Pudaier Lipp Gloss 2 (Aliexpress)


Pozdrawiam, dobrego dnia życzę! 

środa, 10 stycznia 2018

Beauty in Wonderland | Beauty box od Lookfanstastic | Gwiazda JUTUBA

15:44 16 Komentarze
Jakieś czas temu podjęłam współpracę z Lookfanstastic, który za jakiś czas wkracza w nasze polskie granice, bo na razie urzęduje sobie w Anglii. Podam Wam odpowiednik angielskiej strony lookfanstastic, bo polska jest jeszcze nieaktywna. Kiedy tylko będzie już zacznie działać, na pewno pierwsi dowiecie się o tym ode mnie. Idea jest podobna do panujących już na naszym rynku pudełek, z jedną miałam już styczność, ale pudełka były średnie, a ja byłam zbyt szczera, więc mnie wyruchali i zakończyli współpracę bez słowa. Nigdzie nie było mowy o tym, że recenzje mają być przekłamane, a produkty zachwalane pod niebiosa. Rozumiem, że chodzi o to, by produkt się sprzedał i taka moja zasługa, że powinnam to wciskać, ale nie. Ja tak nie mam. I nie przystaje na takie współprace. Niestety prawda jest taka, że większość recenzji, które czytacie na blogach są nie do końca szczere, więc trzeba na to uważać, żeby nie kupić gówna, które ktoś nam próbuje wcisnąć. Ale dobra, bo już mnie poniósł temat na inne wody. Wracając, chciałabym nadmienić, że mam nadzieję na to, że polska wersja zmiecie wszystkie te, które są już dostępne i będzie to dobra konkurencja. W takim razie pokaże Wam, co można było znaleźć w wersji brytyjskiej.
Ten obrazek szczerze mnie zachwycił, jest taki piękny! Oby w kolejnych, polskich wersjach wszystko było tak dopracowane!
W środku znajdował się też Elle oczywiści w anglojęzycznej wersji, gdybym miała przeczytać go ze zrozumieniem, potrwałoby to tydzień xD dobrze, że jest tam dużo obrazków, a mój angielski idzie do poprawy :D
1. Bubble T Cosmetics, musująca bomba do kąpieli 
Zdecydowanie fajna rzecz, dla posiadaczy wanny, w przypadku, gdy ktoś ma prysznic, trochę robi się pod górkę. Niestety w tym przypadku nie miałam okazji jej jeszcze użyć, ale z tego co się orientowałam, u nas taka bomba też jest dostępna, za jakieś 3 dyszki, więc jeśli jesteście fankami długi, pachnących i przyjemnych kąpieli, to możecie ją sobie obczaić ;)
2. Gatineau, Melatogenine Aox Probiotics
Już od samej nazwy plącze mi się język. Jest to odmładzający krem z probiotykami, gdzie pełnowymiarowy produkt kosztuje 370 polskich złotych. Używałam, ale...jest jeszcze drugi krem do twarzy w pudełeczku, który używałam i któryś z nich mnie uczulił. Bardzo przykro mi to mówić, bo mnie rzadko, naprawdę rzadko uczula coś gębę. I byłoby smutno, gdyby był to krem za 4 stówy. Niestety nie mogłam kontynuować testowania ani tego kremu, ani drugiego, bo okolice oczu, i policzki miałam w krostkach.
3. MDMflow, Bossy
Odcień pomadki, to idealny nude, mam nadzieję, że wiedzie jak wygląda idealny nude. Jestem zakochana w tym kolorze i chętnie chciałabym zgarnąć inne odcienie tej firmy, bo maty kocham całym sercem, a trwałość pomadki też jest spoko, więc pewnie inne odcienie też zrobiłyby szał. Kosztuje jakieś 75 zł, więc do przełknięcia.
4. Polaar, La veritable creme de laponie
Pachnie łagodnie, przyjemnie. Konsystencja też spoko, bo nie jest jakiś mega tłusty, a ja nie lubię, jak mi się kleją ręce. Daje uczucie takich satynowych dłoni, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Pełnowartościowy kosztuje w granicach 84 zł, może nie mało jak na krem do rąk, ale kto bogatemu zabroni ;) Zdecydowanie bardzo fajny produkt!
5. Hydra-activ, Smart nutrient day cream HA+
Tak jak wcześniej wspomniałam, albo ten, albo poprzedni krem mnie uczulił i niezbyt wiele mogę o nim powiedzieć :( Oddam komuś, kogo nie uczuli i mam nadzieję, że spełni swoje obietnice. Kosztuje ok. 140zł
6. Suki, Exfoliate foaming cleanser
Jest to peeling, który pachnie jak oranżadka w proszku i w kontakcie z wodą też zachowuje się jak oranżadka w proszku xD Dość dziwny produkt, bo trzeba go wziąć na wilgotną dłoń, co by móc go w ogóle rozprowadzić po twarzy, ale za nim się wypeelingujemy, on już się rozpuszcza w kontakcie z tą wodą! W sumie fajną zabawę miałam przy tym, jak bąbelkowało :D Koszt tego dziwadła, to jakieś 100zł.

Jestem zadowolona z tego pudełka, bardzo, mimo, że któryś z produktów okazał się dla mnie nieodpowiedni. Z tego co wyczytałam, box kosztuje 13 funtów, to bardzo dobra cena moim zdaniem jak na takie produkty, które możecie znaleźć w pudełku. Polska wersja niczym nie będzie odbiegała od tej zagranicznej i będzie w podobnej cenie. Dam znać, jak tylko będzie dostępna :)

Jako bonus, co by można było ze mnie trochę pośmieszkować, znalazłam filmik jeszcze za czasów, kiedy to byłam ambasadorką Pomaderii. Miałam wtedy 17 lat. Firma niestety już dawno nie istnieje, ale przynajmniej filmik został :D
Byłam gwiazdą jutuba, jak nic xD

Pozdrowienia dla wszystkich z ekipy, może czasem zaglądacie na mój blog, no i pozdrawiam Was!
Dziękuję za uwagę!

Follow Us @wdowapostalinie