niedziela, 12 listopada 2017

Kupmy sobie zwierzątko pod choinkę

14:08 21 Komentarze
Zośka to królik, zaraz minie 3 rok odkąd ją kupiłam, zawsze lubiłam nadawać zwierzętom ludzkie imiona, stąd właśnie - Zocha. Stalin to przybłęda, ale dostaje od nas tyle samo miłości, co królik. Nazwałam go z tego samego powodu, co siebie nazywając wdowąpostalinie.
Nie zawsze mam czas dla swoich sierściuchów, ale wtedy gdy ja jestem w pracy, te małe pasożyty są pod "opieką" mojej mamy. Zawsze są czyste, nakarmione i niczego, absolutnie niczego im nie brakuje. Zawsze chciałam być dumną posiadaczką psa, ale wiem, jaki to obowiązek. Poza tym warunki mieszkalne nie pozwalają mi na to, aby takiego psa przygarnąć. Nie chce, żeby wielki 30 kilowy pieseł (bo zawsze chciałam ogromnego czworonoga) męczył się na małym metrażu. Świadomie podchodzę do tego co mogę dać temu zwierzęciu i czego nie, dlatego też nie kupię sobie psa, dopóki nie będę miała swoich 4 ścian.

Święta się zbliżają, zacznie się kupowanie zwierzaków jak maskotek pod choinkę dla rozbestwionych dzieciaków, które CHCE zwierzątko i już. Nieprzygotowane na to, że to nie zabawka, że takie zwierzątko też wymaga od nas, aby je czegoś nauczyć. Chociażby robić siku i kupę na dworze czy do kuwety. To też wymaga czasu. To może trwać tydzień, a może trwać miesiąc, ale po 5 razie wdepnięcia w siki zwierzaka odechce się uczenia i zacznie się zastanawianie nad tym na chuj w ogóle to zwierze w domu. Przestanie się chcieć wychodzić z psem na dwór, bo dzieciak będzie za mały, żeby o 6 rano w mróz wyjść z psem na sranie. Zwierzak zacznie przeszkadzać, kręcić się pod nogami. Znudzi się i dzieciakowi i dorosłym. Nie będzie z kim go zostawić na dłuższy czas, kiedy Państwo będą chcieli wyjechać na wakacje. I taki oto mały kundelek albo kotek zostanie wyrzucony gdzieś przy drodze, bo okazał się nieprzemyślanym prezentem.

I to mnie właśnie boli, że zwierzęta są traktowane jak chwilowe widzimisię, kaprys. Oczywiście, że zwierzęta to też może być problem, że mogą być nieznośne i je też trzeba sobie wychować. Dlatego tak ważne jest, żeby 5 razy zastanowić się zanim zdecydujemy się na jakiekolwiek, nawet, jeśli to ma być chomik.
Zośka, niby tylko królik, przecież i tak siedzi w klatce. Po co szczepić, po co kontrolować stan uzębienia i obcinać pazurki. Wkurwia mnie doszczętnie, jak słyszę, że ktoś nigdy nie obcinał królikowi pazurów! Przecież je to boli. Wyobraźcie sobie, że nie obcinacie przez rok paznokci u rąk czy stóp. Powodzenia! Albo jeszcze lepiej, że ten królik nie wychodzi wcale z klatki. Wzięłabym takiego za łeb i przywiązała do kaloryfera. Siedź tam i sraj pod siebie. Takie zwierzę też musi swobodnie kicać, żeby stawy prawidłowo funckcjonowały! Pewnie, też straciłam przez nią kilka ładowarek, kabli, ubrań, które gdzieś mi pogryzła, ale biorąc ją byłam świadoma, że ten królik będzie to robił i staram się przed nią chować takie rzeczy. Nie dostaje ode mnie za to wpierdol, bo to moja wina, że coś jej w jej zasięgu, co może zniszczyć.

Kota z królikiem też przyzwyczajałam stopniowo do siebie, żeby żadne wzajemnie nie zrobiło drugiemu krzywdy. Szczególnie kot królikowi, bo on nie rozumie, że nie może się z nią bawić tak jak z innym kotem, że wyciągając pazurki może zrobić jej krzywdę. Wszystko zatem odbywało się pod moją kontrolą, tak, że teraz potrafią siedzieć obok siebie i żadne nie czuje się zagrożone. Stalin jak widać na załączonym obrazu zalewa Zoche miłością i gdyby mógł, to by ją zalizał. Bardzo ugodowe zwierze. Nawet przygruchał sobie jakieś inne małe dzikie kotki z podwórka. Wujek dobra rada.

Zawsze byłam otoczona zwierzakami, wychowywałam się się z nimi ucząc się jak się z nimi obchodzić, jak je szanować. Dlatego tak często wole ich towarzystwo od ludzi. Z ludźmi bywa różnie, a nie ufam szczególnie tym, którzy zwierząt nie lubią. Pokaż mi jak traktujesz zwierzęta, a powiem Ci jakim jesteś człowiekiem.

Była kiedyś taka sytuacja, kiedy przybłęda, którego kiedyś przygarnęliśmy uległ wypadkowi. Doczołgał się pod drzwi i nawet nie miał siły miałczeć, że coś mu dolega. Nigdy nie zapomnę, jak zostałam obudzona płaczem matki, że coś stało się kotu. Wyszłam na ten korytarz i widoku tego kota też nigdy nie zapomnę. Cały pysk miał we krwi i ropie, śmierdział niemiłosiernie jakby już zaczynał gnić. Ryczałam na widok tego kociego cierpienia, zakasałam rękawy, założyłam lateksowe rękawiczki i całą swoją delikatnością zaczęłam mu obmywać rany. Zaraz po tym biegiem do weterynarza. Okazało się, że ma złamaną szczękę, przegrodę nosową i stracił oko. Cały tydzień chodziłam z nim na kroplówki. Nie był w stanie jeść ani pić, więc co dwie godziny jak dziecko karmiłam go strzykawką i poiłam. Robił pod siebie, bo nie trzymały mu zwieracze. Ale doszedł do siebie, był jednookim bandytą, ale przeżył. Byłam dumna z siebie, mamy i z tego kota, który nie wiedział w jaki sposób może okazać nam wdzięczność. A opowiadam to nie dlatego, że czuje się jakaś pieprzoną bohaterką, tylko dlatego, że to był ludzki odruch pomocy zwierzakowi w cierpieniu. A widzę, jaka potrafi być znieczulica dookoła. Widziałam, jak bachory zamykały kota w śmietniku i napierdalały w niego petardami. Tego kota też przygarnęliśmy, był głuchy, ale polepszyło mu się i znalazł nowy dom.

I serio, gdybym znalazła tych wszystkich skurwysynów, którzy zadają ból jakiemukolwiek żyjącemu stworzeniu, ręka by mi nie zadrgała. Ujebałabym wszystkie palce i posypywała solą.

Istotną kwestią jest też to, że zwierzak kosztuje. Jedzenie, wyposażenie, szczepienia - trzeba mieć na to pieniądze. Jeśli nie stać nas na  utrzymanie kotka czy pieska - darujmy sobie ich kupno. Chyba każdy jest na tyle rozumny, żeby sobie przeanalizować ile będzie kosztował nas nowy domownik, czy jesteśmy w stanie poświęcić mu czas i czy to najlepszy pomysł, kiedy ma się dzieci, bo one nie są po to, żeby je ciągać za uszy i wkładać palce w dupe. Zwierzak ma prawo się wtedy nieco zirytować, więc jak upierdoli Wasze dziecko, to miejcie pretensje wyłącznie do samego siebie, ale przecież to nie tak będzie wyglądało. Zwierze wyląduje na zbity pysk, albo co gorsza, stanie mu się krzywda. Działa to też w drugą stronę. Zwierzak też musi być nauczony żyć z dzieciakiem, żeby nie był o niego zazdrosny, żeby nie drapał czy nie gryzł go z premedytacją. Wychowanie leży po naszej stronie. Naprawdę da się tego nauczyć. I dziecka, żeby żył w zgodzie ze zwierzakiem i zwierzaka życia w zgodzie z domownikami.

Uwierzcie, że jeśli nie pozwolicie zwierzakowi wchodzić na kanapę, to nie będzie tego robił. Nie ma sensu się na niego drzeć czy lać kapciem do chuja. To są pojętne istoty, wystarczy chwila czasu, kilka przeczytanych akrtykułów i wszyscy będą zadowoleni. Obdarują nas miłością, wdzięcznością i ciepłem.



Zastanówcie się kurwa zatem przed podjęciem tak ważnej decyzji jak kupienie zwierzątka.

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam!

środa, 1 listopada 2017

Co mnie wkurwia? | Madki

10:57 24 Komentarze
Nigdy nie zapomnę sytuacji na początku mojej pracy, kiedy wbiła do nas laska z pretensjami, że ona chce zrezygnować z umowy, bo jej nie odpowiada, bo podpisała coś, czego nie chciała, bo faktura przyszła inna, niż zakładała itp. itd. Nie ważne, że wszystko miała dokładnie napisane ile i za co będzie płacić, podkreślone i zaznaczone w kółeczka, nie ważne! Ona tego nie chce. Darła ryja co nie miara, a swoją nieuwagę argumentowała tym, że BYŁA Z DZIECKIEM. I koleżance, która wtedy podpisywała z nią umowę zarzuciła, że skoro była z dzieckiem, to powinna się bardziej postarać!
Myślałam, że strzeli mnie chuj, że wyjdę z siebie, tak się zagotowałam, jak to usłyszałam. Argument roku.
Madka roku, nie mogła poskromić swojego wrzeszczącego potomka, 8 cud świata i pretensje, że coś jej się nie zgadza, bo musiała się skupić na dzieciaku. To nie nasz problem, że ma niewychowane dziecko, które nie wytrzyma 10 minut w spokoju. Jeśli nie potrafi się przez to skupić na tym co mówi druga osoba - przyjdź bez dzieciaka. Oczywiście jako obrońca uciśnionych wpadł zaraz mężulek, mówiąc, że dopóki tego nie rozwiążemy, nie wyjdzie z salonu. Super, hura, siedź sobie dopóki nie zamkniemy salonu. Po 10 minutach zrezygnował, kiedy każdy przestał się nim interesować.

Tak tak, to z jednego z naszych salonów gdzieś w Polsce. Mam wrażenie, że niektóre matki podczas porodu wydalają mózgi z łożyskiem.
Oczywiście taka osoba jak ja, bez dzieci, co ja tam mogę wiedzieć na temat wychowania i miłości, przecież dowiem się dopiero, jak będę miała dziecko! Bo kobieta bez dziecka, to nie kobieta, dopiero dziecko ją dopełnia. A laski, które nie chcą mieć dzieci pewnie są sukami bez serca. A Ty masz dziecko, jesteś wyjątkowa dzięki temu, wartościowa, bo przecież jesteś jedyną osobą na świecie, która ma dziecko!
To chyba dokładnie obrazuje to, co chcę powiedzieć.
Oczywiście w internetach tego typu screenów jest od groma, ale pewnie większość z Was wyświetlają się tego typu złote myśli na tablicach fejsa i sami macie z tego śmieszkujecie. Zastanawiam się co wyrośnie z tych dzieci za 20 lat, kiedy takie osoby biorą się za wychowanie dzieci. Pewnie nic dobrego. Zabrakło tu jeszcze screenów na temat świerzaków i sporów antyszczepionkowych, ale tym już całkowicie gardzę. W szczególności to całą paranoją na tematy autyzmu, ja pierdole, dawno już nie było żadnej dżumy czy innej śmiertelnej choroby, ale przecież matki są takie zajęte, tu kupka, tam pierwszy raz marcheweczka, tu trzeba wstawić zdjęcie z podpisem "spacerkowo", ale na pierdolenie głupot w internecie mają mnóstwo czasu. Tak jeszcze apropo szczepień odeślę Was do wyśmienitego jak zawsze filmiku Naukowego Bełkotu. Cały ten wpis czaiłam się, żeby to zrobić, może ktoś coś z tego wyniesie.

Moja tablica nie raz zapełnia się wpisami odnoszących się właśnie od jakiś wpisów na temat poszczepiennych wpisów na temat powikłam i sama w to nie wierzę, że mam takich idiotów za znajomych. Już nie mówiąc o zdjęciach pociech, które wylewają mi się z każdej strony, ale pozwólcie, że już nie przytoczę cytatów, które tam widnieją, bo staram się je olewać. Pewnie większość ma w dupie to, że Twoje dziecko skończyło 125 miesięcy, że pierwszy raz dłubie w nosie i osrało się po pachy. No ale ta potrzeba dzielenia się z tym jest jednak silniejsza. Jednym odjebało mniej lub bardziej, innym wcale. Na szczęście z tymi, którymi nie odjebało mam wyśmienity kontakt i nasze rozmowy nie zawężają się do tematu kolek i luźnych kup dziecka. A nadal mamy o czym rozmawiać. Jestem za to wdzięczna!

W pracy spotykam się z wieloma sytuacjami, kiedy matka wejdzie z dzieciakiem, które wrzeszczy na całe gardło i serio wtedy nie da się pracować, ani rozmawiać z klientem. Albo takie, które zrobiło sobie plac zabaw, rusza rzeczy, których nie powinien, albo wchodzi buciorami na puf, na który później ludzie siadają dupą. I żadnej reakcji ze strony opiekuna i to mnie właśnie wkurwia. A potem rośnie to takie rozbestwione, bo przecież bezstresowe wychowanie, bo musi dostać to, co chcę. Na szczęście to nie mi włazi na głowę i to nie mój problem.

I to nie tak, że nie mam jakąś awersje do dzieci, nie mam z nimi problemu. Problem mam z rodzicami, którzy te dzieci wychowują w taki, a nie inny sposób. Którzy się zachowują tak, jak wcześniej opisywałam. Mam dwóch bratanków, których bardzo kocham, sama też chcę mieć w przyszłości dzieci, ale obiecuje, że nigdy mi tak nie odpierdoli!

A wszystkim matkom, które zachowują zdrowy rozsądek podczas wychowywania swojej pocieszy - gratuluję, szczerze! :)

Jeśli jest na sali jakaś mamuśka, która poczuła się urażona tym wpisem - nie przepraszam.


Dziękuję za uwagę i pozdrawiam! :D

sobota, 21 października 2017

Mój Ty Rysiu, Ryszardzie! Nowy członek mej zwierzęcej rodziny

17:25 32 Komentarze
Pisząc Rysiu nie miałam na myśli żadnego mężczyzny (a szkoda!), bo jakby co, to wolna jestem i no wiecie jak się nazywam xD weźcie numerek i ustawcie się w kolejce, czekam! A zatem na myśli miałam takie małe, leśne zwierzątko co ma takie fajne frędzle na uszach. Słodziak jakich mało, a że na mym ręku goszczą same zwierzątka (prawie, bo czaszka też jest) i wyłącznie te leśne, ryś wkomponował się doskonale w miejsce.
Tak ogólnie, to jestem mistrzynią robienia głupich min do zdjęć, bo przecież ładnie wychodzę tylko wtedy, kiedy mam przed sobą lustro, albo robię sobie selfie. Wtedy sztosik. Poza tym wyglądam jak debil. Wracając do tematu, tak oto ryś wylądował na ręku, ma się już dobrze, choć jeszcze jest nieco posiniaczony i spuchnięty, goi się jak głupi, swędzi jakbym co najmniej miała jakąś zakaźną chorobę skóry. Świerzba czy coś. Na szczęście to prawidłowa reakcja. Smaruje sobie wyjątkowo jakąś maścią typowo do tatuażu, Skin 2 Skin Ink Recover. Zazwyczaj wjeżdżał jakiś Alantan, albo Bepanthen, ale te są cholernie tłuste i brudzą wszystko dookoła. Ta maść się ładnie wchłania i nie brudzi. Poza tym chłodzi, a to jest coś, czego mi było trzeba. Można też używać na zagojone już tatuaże, aby wydobyć kolor i tak dalej. Mniej więcej w cenie dużego Bephantenu, więc polecam.
Chciałam się z Wami podzielić nieco wrażeniami, bo dość dzielna ze mnie dziewczynka i raczej dobrze znoszę ból. Wilk i czaszka prawie nie bolały, wręcz było to tak przyjemne, że było mi szkoda, kiedy skończyłyśmy. Z sobą było nieco gorzej na nadgarstku, a z jeleniem kiepsko w okolicach pachy i wewnętrznej części ramienia. Za to ryś...kurewsko bolał. Zachciało mi się habazi na samym łokciu. No kurwa dramat! Z resztą widać na zdjęciu, jak krew leci prawie ciurkiem, bo nie dość, że łokieć boli najbardziej, to kolor w zasadzie też bardziej boli. Chciałam to mam, niczego nie żałuje. Kociak jest piękny. A boleć musi! Inaczej każda pizda mogłaby sobie coś takiego zrobić ;)

Zaraz po wyjściu ze studia rozebrałam się, bo gorąco było, nie ma co się pocić bez sensu, więc i wszystkie tatuaże na wierchu. Podchodzi wtem do mnie jakiś dziadzia, na oko 65+ i nieco zgorszony rzuca i tu cytuję "Kto to widział, żeby się tak szpecić. Takie tatuaże to w więzieniu robią!" Przytaknęłam, powiedziałam, że siedziałam 20 lat za morderstwo, a takie tatuaże to za paczke fajek robią. Dziadzia bąknął coś pod nosem i zawinął się na pięcie. Takich sytuacji wiele w zasadzie nie miałam, kilka razy w pracy ktoś mi powiedział coś w stylu "Nie chciałabym mieć takiej córki", albo coś podobnego, ale ja takiej matki też nie chciałabym mieć, co by mnie rozliczała z moich decyzji, a co lepsze - wyrzeka, więc w sumie nic straconego. Nigdy nie myślałam o tym w sposób, że nie dostanę pracy, bo mam tatuaż. Mam pracę, jedną i tą samą od prawie dwóch lat. Nikt nigdy mi z tego powodu nie robił problemu, wręcz przeciwnie. Wszyscy u nas w salonie mają jakiś tatuaż.

Okej, gdybym miała zatrudnić kogoś z takim tatuażem, to też bym się dwa razy zastanowiła xD Ale poza tym wydaje mi się, że ludzie już nie myślą w ten sposób. Oczywiście zdarzają się takie przypadki jak wyżej opisałam, ale dostaje też mnóstwo komplementów z teko tytułu i różnych zapytań. Nie szkoda mi ani jednej złotówki, której wydałam z tego tytułu. Ani żadnej łzy, której i tak nie uroniłam, bo przecież jestem zajebiście dzielna. Serio nie miejcie oporów, póki nie jest to znak nieskończoności! :D Wiem, że jest pewna moda, na napisy, wilki, róże i mandale. Róbta co chceta, róbcie sobie nawet tatuaże gdzieś po kątach za flaszke, a później lądujcie w szpitalu z żółtaczką czy innym ścierwem, Wasza sprawa. Ja robię w studiu, gdzie mam pewność, że wszystko pójdzie dobrze. A wybieram wzory, na które jestem zdecydowana, które mi się nie znudzą za 5 czy 10 lat, bo nie kieruję się chwilową modą. Dzwony też kiedyś były modne i co? I nie przejmuje się tym, jak będę wyglądała w wieku swojej babki. I tak będę brzydka i pomarszczona, czy ma to znaczenie, że będę mieć tatuaże. Żadne kurwa.

Zwierzaki goszczą dumnie na mym ciele, bo je kocham i tym sposobem nigdy się z nimi nie rozstanę. Pamiętam to jak dziś, kiedy wykiełkowała we mnie myśl, że chce tatuaż. Miałam wtedy 6 lat i rysowałam sobie wzory czaszek. Dlatego też czaszkę mam teraz i jestem z niej bardzo dumna. W wieku 15 lat kupiłam sobie tusz kreślarski, odkaziłam igłę i wbiłam w skórę. Dziabałam tak punkt po punkcie, robiąc sobie swój pierwszy w życiu tatuaż. Stąd mam dwie nutki i serce na palcu. Wiem, nie było to zbyt mądre ani błyskotliwe, ale miałam 15 lat i prawo do głupot. Zagoiło się, nie dostałam żadnego trypra, teraz po 7 latach nadal go mam. Oczywiście nie próbujcie tego w domu, chociaż...kogo to obchodzi.

I jako gówniara byłam kiedyś z kimś, kto mi tego zabraniał. Bo tatuaże to powinny być widoczne dla nas samych, tego się nie robi na pokaz. Bo kim ja jestem, że będę chodzić i się chwalić. Ja pierdole, jak sobie przypomnę, to chce mi się rzygać. Dałam sobie wmówić jakieś bzdury, bo to człowiek młody i głupi. Zakochany. Teraz jestem starsza, świadoma. I KURWA NICZEGO NIE ŻAŁUJE! Także tego. Kończę tym cudownym zdaniem.

Wszystkie swoje maleństwa robię w jednym i tym samym studiu, mam zaufanie i nie chciałabym już nic zmieniać. Jeśli jesteście z okolic Szczecina, to dziołszka ze studia Veroniqe Tattoo może Wam takie cudo sprawić. Obczajcie sobie na fejsie.


Dziękuję za uwagę, pozdrawiam! :D

sobota, 14 października 2017

Fejsbók | Najgorsza praca, to praca z ludźmi | Cytat roku

10:56 19 Komentarze
Jeśli na tym zdjęciu, wyglądam jak wredna suka, to powiem Wam, że wyglądam tak przez większość swojego dnia.
Nie, żebym była taka wredna, zgorzkniała i brakowało mi chęci do życia codziennie, ale zdarza się, że nie mam już do pewnych sytuacji sił. Odkąd skończyłam szkołę pracuje zawsze w obsłudze klienta. Pierwsza moja praca, to była praca w meblach. Byłam królową wersalek. Wtedy to dopiero miałam kondycję, w ciągu dnia nie robiłam sobie przerw na papierosa, a trzypiętrowy budynek wymagał ode mnie hasania w te i we wte z jednego piętra na drugi i jeszcze piwnica. Trochę mi brakuje tego ruchu, w porównaniu z tym, że teraz siedzę tylko na dupie. Nie miałam nawet pojęcia jaki to kolor olchowy, ale wszystkiego się człowiek nauczy. Momentami było śmiesznie, a czasem nie miałam ochoty wstać do roboty. Najlepsze były kalambury typu "Chciałabym kupić uchwyty od środka" kminie kurwa co to może być, aż mnie nagle oświeciło, że facetce pewnie chodzi o ZAWIASY.

Później zatrudniłam się w Naturze, myślałam, że to będzie praca marzeń, bo przecież szał, kosmetyki, ale nie tak ją sobie wyobrażałam. Stałam po 9 godzin, nie mogąc sobie nigdzie usiąść i w zasadzie przysługiwała mi tylko jedna 15 minutowa przerwa, ale pierdoliłam to i robiłam sobie dwie, bo byłam głodna! Poza tym wiecie ile zarabiałam? 950zł! Jakieś kurwa jaja. Do tego traciłam 200zł na dojazd no i zostawały mi jakieś marne grosze, nawet nie na waciki. Jakoś uciułałam wtedy na swój pierwszy tatuaż chociaż. Do tego musiałam mieć swoje czarne ciuchy, całe czarne, bo przecież jakiś drobny napis na koszulce zbezcześciłby renomę firmy. Buty oczywiście też czarne, które musiałam sobie sama kupić, za swoją marną wypłatę. DRAMAT. Ta praca z doradzaniem też miałam niewiele wspólnego, bo przecież klientki i tak wiedziały lepiej. Obsługiwałam kiedyś taką blondyneczkę, która szukała kredki do brwi. Poleciłam jej chyba wtedy jakąś z Kobo, której sama używałam, bo miała ładny, chłodny odcień. Ale nie, ona chce czarną i chuj! Próbowałam jej przemówić do rozsądku, bo blond tlenione włosy rzucały się bardziej niż jej czarne, krzywe brwi, a może to te brwi się rzucały bardziej w oczy. Nie wiem. Swój wybór argumentowała tym, że przecież robiła już sobie czarny permanentny makijaż to i chce czarną kredkę. Proszę bardzo.

Następnie przeszłam do Play i nie żałuje tej decyzji. Do tej pory to najlepsza praca, jaka mi się trafiła. Jednak jak każdy, kto pracował kiedyś z innymi ludźmi w obsłudze, wie, jakie to niewdzięczne.
Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy klient nazwał mnie KURWĄ. Dlatego, że nie chciałam mu udzielić informacji o numerze, który nie był na niego. Oczywiście, że mi nie wolno, bo jest ochrona danych osobowych. Jednak ludzie, to tępe dzidy, a to działa w dwie strony, bo nie sadzę, by sami chcieli, aby ktoś postronny dostawał informację na temat ich numeru, albo w ich imieniu olaboga podpisał umowę. Nie. Liczy się tylko to, że oni chcą i ja mam im to dać. Taki chuj. Wracając jednak do tej kurwy, to uwierzcie, że gdyby powiedział to stojąc bliżej mojego biurka, a nie wyjścia, bo przecież taki chojrak powiedział to na odchodne, dostałby w ryj. I nawet ręka by mi nie zadrżała. Kiedy emocje już z nieco opadły, poszłam i zaczęłam ryczeć na zapleczu. Więcej takiej słabości nie okaże już nawet sama przed sobą, bo w tym czasie zdążyłam się nieco zahartować i najlepszą bronią jest uśmiechanie się, kiedy klient myśli, że krzykiem i wyzwiskami coś ugra. A uśmiech zawsze sprawia, że jeszcze bardziej go to wkurwia.
Jest taki profil na fejsie, Dzień z życia konsultanta, zerknijcie sobie czasem dla śmiechu, bo sytuacje potrafią być absurdalne ;)

A kiedy jesteśmy już w temacie fejsbóka, to mam wrażenie, że moi znajomi, to idioci. Oczywiście mówię tu bardziej o tych, którzy niby Cię znają, ale "cześć" to Ci na mieście nie powiedzą. I jak widzę, jak lajkują swoje zdjęcia albo posty, to mam przed oczami tylko jeden obrazek.
Tak to właśnie wygląda.
Uwielbiam też wszelkie udostępnianie wpisów typu "lajk = 1zł" na chore dzieci, biedne zwierzątka, wodę dla dzieci w Afryce. Serio kurwa ktoś w to jeszcze wierzy? Chcesz komuś pomóc? Wpłać kwotę na jakąś fundację, wyślij sms'a, bo wiem, że to niewiarygodne, ale DZIAŁA.
I tak apropo pomocy, to osobiście na siepomaga.pl wysyłam smsy właśnie na biedne zwierzątka, bo mam wrażenie, że one są trochę zapomniane. A cierpią tak samo, jak ludzie. Tak samo chcą być kochane i nadzieja na ich dobro tylko w ludziach. Niestety na nieszczęście też przez ludzi. I serce mi pęka i krwawi, kiedy widzę ich ból, a przez to, że to właśnie zwierzęta wolę od ludzi, wspomagam pieski, kotki i inne czworonogi. Koniec dygresji.
Są oczywiście też ludzie, którzy wrzucają teksty typu "Gotujemy obiadek", "Spacerkowo", "Mój synuś kończy dzisiaj 2385 tygodni", "Mój synuś je pierwszy raz marcheweczkę", "Ten użytkownik znajduje się w: restauracji kokodżambo, burdelu, wielu innych dziwnych miejscach i miejscowościach" i temu wszystkiemu towarzyszy multum zdjęć, albo i nieee. I pewnie pomyślicie, że skoro mam z tym jakiś problem, to czemu tej osoby nie wyjebie ze znajomych, albo czemu nie odlajkuje go, aby powiadomienia mi się nie wyświetlały. Bo ja nie mam z tym problemu. Mam z tego bekę, bawi mnie to i poprawia humor, właśnie dlatego :D Uświadamiam sobie wtedy jacy ludzie zapraszają mnie do znajomych.
Na mojej tablicy znajdzie się niewiele informacji czy zdjęć. Dzielę się zazwyczaj tym, jaką książkę w danym czasie czytam, ale to chętnie też oglądam u innych, bo zawsze to można wpaść na jakąś fajną książkę i podzielić się wrażeniami z innymi. Zdjęcie wstawiam średnio raz na pół roku. Częściej wrzucam coś na insta, ale to też nie jest jakiś spam, który wkurwia ludzi. Często też udzielam się na snapie, ale ten jest tylko dla bliskich mi osób, więc nie podlega to dyskusji ;)

Na pożegnanie jeszcze głęboki cytat motywujący do pracy, niczym wyrwany z usta Paulo Coelho.
"A kto umarł, ten nie żyje." Nie jest ani trochę mniej głupi.

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam! :D

niedziela, 8 października 2017

Lady in deep red | Próżność | Trochę pieprzenia o życiu

12:52 24 Komentarze
Dobra, dobra, piszę rzadko, ale dzisiaj mnie tak naszło, że brakuje mi ładnych zdjęć i trochę sobie pofociłam. Bo, uwaga (i tutaj będę skromna w chuj) jestem ładna i trochę próżna, ale to każdy ma w sobie trochę tego pierwiastka, że chce się sobie podobać i dobrze wyglądać i bla bla bla. Ważne, żeby być świadomym swoich zalet i wad, więc ja jestem świadoma, że mam ładny ryj, kości policzkowe, za które niejedna laska dałaby się pokroić i korzystam z tego. Wszystko to potrafię doprawić makijażem i voila, oto jestem.
Powiem jeszcze odnośnie tych zalet, że mam ładny uśmiech, wielki zad (tutaj mogą być skrajne opinie) i odstające obojczyki oraz seksowną lewą półkule* Oczywiście skupiam się tylko na tych wizualnych cechach, przyjdzie pora na paplanine o tym, co mam "w środku". Żeby nie było, że jestem chodzącym ideałem, bo przecież nie jestem (ale niewiele mi brakuje ;) ) mam też wady w swoim wyglądzie. Dziura po ospie na czole, cellulit, rozstępy, małe cycki i wiele innych mniejszych i większych problemów. Czy się tym przejmuje na co dzień? Nie. Jednak są dni, kiedy czuje się jak gówno. Brzydka, gruba i beznadziejna. Zazwyczaj dzieje się tak przed okresem, hormony mi szaleją i popadam w jakąś paranoje, ale radzę sobie.

*apropo mojego mózgu, nie jestem gołosłowna!

Ostatnio koleżanka pokazała mi pewnego mema, rozbawił mnie i myślę sobie, to chyba o mnie (o nas, bo koleżanka też ma).
Oczywiście śmieszki heheszki, ale pewne rzeczy, które robię ze swoim ciałem (czyt. kolczyki i tatuaże) dodają mi też nieco pewności siebie. Oczywiście mogłabym iść też na siłownie i zrobić coś bardziej pożytecznego, ale jestem leniwą kluchą. I byłabym fit, gdybym nie wpierdalała czekolady :D W zasadzie nie do końca ogarniam całej tej mody, na bycie fit weganem na bezglutenowej diecie. Nie wyobrażam sobie podporządkować całego swojego życia diecie. A już szczególnie takiej, gdzie nie jadłabym mięsa i zboża. Widziałam ostatnio w Lidlu bezglutenowy papier ryżowy. Gdzie do chuja w ryżu miałby być gluten. PARANOJA. Ale hajs się zgadza, a ludzie kupują bezglutenową mąkę ryżową za 7zł. A tak naprawdę 1% populacji ma celiakię, ale pooglądajcie sobie Naukowy Bełkot, on mówi mądrzę na ten i inne tematy.

Zastanawiam się czasem która to ja na tym zdjęciu, sami zdecydujcie xD Pomijając fakt, że wyglądam wybitnie niekorzystnie, chciałam mieć selfie z koleżanką krówcią! W końcu mamy takie same kolczyki :D A ja mam do siebie dystans. Zdjęcie powstało na Targach Rolnych w Barzkowicach, na którym kupiłam obłędną konfiturę z płatków róż. Ambrozja. Serio. Oszczędzam i szanuje, bo takie dobre :D A za słoiczek dałam 25 zika, warto było. Wzięłam sobie jeszcze wino z naszej zachodniopomorskiej winnicy, wytrawne, w sumie to nie lubię, ale te było wyjątkowo aromatyczne i pyszne. Będzie na specjalną okazję, może na tą, jak już znajdę męża xD Miałam nadzieję dorwać też wino różane, ale te nadzieje okazały się być płonne, nawet nie macie pojęcia jakie to dopiero jest pyszne! Nic straconego, można zamówić przez neta i to właśnie zrobię!

Tak bardzo kocham matowe pomadki, że mam ich miliard. Ciągle to rozszerzam swoją kolekcję o kolejne podobne do siebie odcienie czerwieni i inne kolory w sumie też. Większość zamawiam na Geek, trochę takie podrabiane Aliexpress, ale kurde, 8 zł kosztuje mnie jedna pomadka z przesyłką, dochodzi w ciągu 2-3 tygodni, a jakość jest serio dobra. Nawet lepsza, niż niejednej pomadki z drogerii. Muszę obczaić, czy są podobne na Ali i zrobić zapasy jakby miał nadejść koniec świata.
Ogólnie na twarzy mam standard, czyli: Podkład Catrice HD Liquid Coverage, puder ryżowy My Secret, bronzer Kobo Matt Bronzing & Contouring Powder oraz mój ukochany rozświetlacz z Makeup Revolition Vivid Baked Highlighter. Na oczach wyłącznie cień z Maybelline Color Tattoo 24 HR, eyeliner Maybelline Eyestudio Lasting Drama i rzęsy z Ardell Double Wispies. Na brwiach jak zawsze pomada Freedom Makeup i korektor z Catrice Liquid Camouflage. Na ustach wspomniana wyżej pomadka gdzieś z Chin o nazwie Pudaier, cokolwiek to za firma. Nie jestem przez nią napromieniowana, ani nic innego złego mi się z ustami nie dzieje, więc chyba jest okej.
Na potwierdzenie jeszcze tego, że jestem próżna i ładna, wstawiam moje ulubione zdjęcie z ostatnich dni xD

POZDRAWIAM! Miłego czytania!

Follow Us @wdowapostalinie