niedziela, 25 czerwca 2017

Box Only You - Rozkwitnij na wiosnę! Recenzja paki kosmetyków: Ziaja, Bioteq, Biovax, Bell, Bandi, Mollon Pro, LC+, Nou.

10:50 3 Komentarze
To już kolejna edycja BOY, czyli ogromnej paki kosmetyków różnego rodzaju, którą my blogerki sobie testujemy. Poprzednią edycję znajdziecie pod tym linkiem: Dookoła Włosów. Każda blogerka może się zgłosić do takiej edycji, formularz znajduje się na stronie dedykowanej Box Only You.

Czy rozkwitłam na wiosnę? Wiosny w zasadzie nie było, od razu przeszło do lata, więc jakby nie było na to czasu. Jednak owszem, sam fakt, że za oknem jest słoneczko napawa mnie szczęście i energia, więc jak najbardziej można to zaliczyć jako rozkwit. A pomóc właśnie miał nam w tym ten ono zestaw kosmetyków.


1. Bioteq, Cloth Mask.
Maseczka w tkaninie, która ma za zadanie dogłębnie nawilżyć cerę, sprawić, że stanie się sprężysta i elastyczna, oraz zniweluje podrażnienia.
Powiem tak, nałożenie tej tkaniny jest bardzo przyjemne, lekko chłodzi kiedy zetknie się ze skórą. Rzeczywiście to nawilżenie czuć, nawet kiedy po tych 20 minutach maskę się zdejmie. To, że skóra jest napięta i elastyczna również. Jednak podrażnień nie łagodzi, jak miałam pape czerwoną tak mam. Mimo wszystko raz na jakiś czas fajnie będzie do niej wrócić.
2. Mollon Pro Cuticle&Nails Regenerating Rose Oil.
Różana odżywka która ma wzmocnić paznokcie. Działa! Ma przyjemne, lekko różany zapach. W środku odżywki też są zanurzone płatki róż. Nawet bardzo zniszczone paznokcie po nieudanej hybrydzie regeneruje, więc polecam jak najbardziej.
3. LC+ maska złuszczająca do stóp.
Skarpetki są już chyba wszystkim znane, mają oczywiście złuszczyć martwy naskórek ze stóp.
Ja się boję używać takich rzeczy, jak to schodzi to wygląda obrzydliwie. Oddałam mamie. Chodziła i się łuszczyła, fuj. Ale działa, bo w końcu o taki efekt chodziło. Później chwaliła się jakie to ona nie ma gładkie stopy. Nic tylko złuszczać!
4/9. L'biotica Biovax Opuntia Oil&Mango odbudowujący balsam do włosów. 
Lubię Biovax, mam już za sobą kilka różnych kosmetyków z tej firmy i byłam zadowolona. Tutaj producent zaleca stosować balsam bez spłukiwania na wilgotne włosy. Ja spróbowałam również swojej wersji ze spłukiwaniem i ten sposób chyba podoba mi się bardziej. Moje włosy mają to do siebie, że szybko się przetłuszczają, są ciężkie i oklapnięte, dodatkowa porcja kosmetyków niekorzystnie na nie wpływa, więc jeśli już używałam tego na sucho, to bardzo skąpą ilość.
Maska jak to maska, pięknie oblepia włosy, ułatwia rozczesywanie i zmniejsza plątanie się kudełków. Nadmienię jeszcze, że spodziewałam się intensywnego zapachu mango, ale jest mało rozpoznawalny, trochę szkoda, ale nie to jest najważniejsze.
5. Nou Secret Blanc.
Z perfumami jest zawsze tak, że to jest jednak ryzyko wrzucać je do takich pudełek, bo to każdy ma inne potrzeby i swoje ulubione zapachy. Ta pozycja jest kwiatowo - owocowa. Zdecydowanie nie w moim guście. Oczywiście fajnie, bo to lekki i letni zapach, ale ja takich nie lubię. Dla mnie jest zbyt cytrusowy, poza tym ulatnia się w ekspresowym tempie. Co dla mnie akurat było na korzyść, ale raczej nie tak powinno to wyglądać. Jako fanka Muglera wolę bardziej intensywne zapachy i nieco enigmatyczne.
6. Bandi - krem z kwasem migdałowym. 
Krem ma za zadanie złuszczać i nawilżać jednocześnie. Lubię kwasy, dobrze wpływają na moją mieszaną cerę, zazwyczaj. Tutaj nie wpłynęły. Nie zauważyłam żadnych efektów stosując ten krem, ani złuszczenia, ani nawilżenia, nic. Zawiodłam się, bo był to mój czarny koń pudełka. Od razu pokładałam największe nadzieję właśnie na efektach Bandi! Zawiodłam się bardzo. Stan mojej cery ostatnio paskudnie się pogorszył, pomyślałam, że dam mu jeszcze jedną szansę i może mnie zaskoczy. A gdzie tam, żadnej poprawy. Oczywiście tutaj stosując ten krem warto pamiętać o filtrach, mnie się jednak zdarzało zapominać, ale mimo mocnego słońca nie pokryłam się plamami, więc może jednak stężenie tego kwasu jest ciut za małe.
7/8. Ziaja antyoksydacja jagody acai. 
Krem w granatowym pudełeczku ma zastosowaną technologię "tech-neck". Brzmi dziwie, a chodzi o to, że redukuje zmarszczki na szyi powstałe w wyniku pochylania głowy nad mobilnymi urządzeniami. WTF? Serio pytam kto to wymyślił? Mniejsza. Nie posiadam zmarszczek na szyi. Dla mnie krem nie miał w takim razie pola do popisu. Stosowany na twarz też wrażenia na mnie nie zrobił. Pod makijaż dla cer tłustych się nie nadaje. Ryjek mocno się świeci z pudrem czy bez. Kiepsko.
Z kremem w białym kartoniku jest podobnie, tylko że to bardziej serum, niż krem, więc ma być bardziej skoncentrowany. Ta sama technologia zawarta w mazi. Dla osób w przed 30stką raczej słabo z tymi zmarszczkami na szyi. Owszem, lepiej zapobiegać niż leczyć, ale czy serio wierzymy w to, że krem zatrzyma czas? Co najwyżej subtelnie uelastyczni skórę, ale u mnie nie ma co uelastyczniać. Plus, że konsystencja jest kremowo-żelowa, wchłania się lepiej i tu pod makijaż nada się bardziej. Spektakularnych efektów nie ma się spodziewać z całym szacunkiem dla Ziaji, ponieważ ogólnie lubię.
10. Bell, Secret Garden.
Normalnie w pudełkach było 6 lakierów, ale jeden w czasie transportu się rozpiździł i swym pomarańczowym kolorem uświnił wszystko w pobliżu. Na szczęście aceton zrobił swoje. Kolory podobają mi się bardzo, jestem zachwycona tymi drobinkami, które tak pięknie połyskują wewnątrz buteleczki. Zazwyczaj paznokcie maluje rzadko, bądź wcale. Nie sprawia mi to przyjemności, nie znam się na tym i za długo to trwa, ale serio te kolory są piękne, więc wyhodowałam ładną długość paznokcia i pomalowałam na różowo swą płytkę. Po 10 minutach uznałam, że 1 warstwa powinna wyschnąć i postanowiłam nałożyć drugą. Nie wyschła. Po 10 minutach pierwsza warstwa lakiery nie zastygła wcale! Myślę sobie "a pierdole to" i zmyłam do reszty zostawiając te pieprzone drobinki na całych palcach bo nie chciały zejść. To była moja pierwsza i ostatnia próba z tymi lakierami.

Ogólnie rzecz ujmując pudełko samo w sobie nie jest złe, pewnie są osoby, dla których kosmetyki były idealnie trafione. Ja czuje się nieco rozczarowana i zawiedziona. Szczególnie przez te Bandi, na które tak liczyłam, lakiery, które schną w nieskończoność i kremy z dziwną technologią na smartfony czy co tam. Jednak balsam do włosów, odżywka, które dobrze działa i maseczka jakoś mi tam rekompensują ten zawód. Na pewno znajdę kogoś, z kim podzielę się perfumami i kremami, nie będzie to w takim razie duża strata.


czwartek, 15 czerwca 2017

Makijaż na dziś - Orange vs violet | Farbowanie w domu. Czekolada idealnym kolorem na odrosty, Naturia Organic.

13:32 25 Komentarze
Orange jest dla mnie nieco konkurencyjny i mówię tu jako konsultant Play, jednak malując się, żeby nie było, wcale nie miałam na myśli tych dwóch sieci. Nazwa powstała już po i no cóż, tutaj te dwa kolory świetnie się łączą. Poznałam też magię Duraline, jestem zachwycona, że mogę sobie zrobić z każdego cienia eyeliner, który na dodatek staje się wodoodporny. Mój wysychający już Maybelline Drama Studio też dostaje drugie życie, jak cudownie go mieć!

 Brwi: pomada Freedom Make up Medium Brown, korektor Catrice Camouflage 010
Oczy: baza Too Faced Shadow Insurance, cienie Artdeco 30.514, 30.544, paleta Sleek Snapshots, paleta Too Faced Semi Sweet Chocolate Bar, cień Makeup Geek Houdini zmieszany z Inglot Duraline, Phantom, paleta Mary Kay by Patricia Bonaldi, eyeliner Maybelline Lasting Drama, tusz L'Oreal False Lash Wings, rzęsy Ardell Demi Wiespies
Twarz: podkład Maybelline Fit Me! + Matte Poreless 105, puder Miss Sporty Insta Glow, bronzer Melkior Professional Honey, rozświetlacz Makeup Revolution Vivid Baked Highlighter Golden Lights, mgiełka NYX Matte Finish
Usta: błyszczyk Miss Sporty Precious 3D Shine 210

__________

Od jakiegoś czasu przyciemniam odrosty, może nie tyle blond mi się znudził, bo nadal mi się bardzo podoba, ale utrzymanie blondu w dobrym kolorze na odrostach to problem, duży problem. Już nie mówiąc, jak w dupe idzie kondycja włosa przy ciągłym rozjaśnianiu. Nawet fioletowe szampony nie dawały takiego efektu, jakbym chciała i robiła się zbyt duża różnica między górą, a dołem. 
Pierwszą farbę jaką nałożyłam to był Casting z L'Oreala, w sumie nie wiem czemu znowu dałam się zrobić w chuja pięknymi kolorami, skoro wiem, że u mnie wypłukują się ekspresowo. Mimo to, kupiłam ją oczami. Jakiś niezbyt ciemny odcień, ale wybaczcie, nie pamiętam, jak się nazywał. Niewiele przyciemnił mi odrost, więc tydzień później znów zaczarowana kolorem na opakowaniu wzięłam Mroźną Truflę. Piękny kolor, nie powiem, ale dwa tygodnie i płowieje na tyle, że nie jestem w stanie na siebie patrzeć. Okej, myślę sobie, szkoda kasy, wezmę coś tańszego. Wzięłam jakiś ciemny kasztan z Garniera, tuż po farbowaniu super, ale znów przy wypłukiwaniu się koloru zostawiał nieco rdzawy poblask, czego nie lubię. Poza tym miałam już niezłe naturalne odrosty i postanowiłam kupić coś totalnie za grosze. Wzięłam Joannę, Naturia Organic w kolorze czekolady. Nie dość, że kosztowała mnie 7 zł, to nie zawierała wszelkiego syfu typu amoniak. Odczułam to, bo niestety zawsze towarzyszą mi strupki tuż nad karkiem i przy farbowaniu piekielnie to paliło i szczypało, tutaj nic, kompletnie nie odczuwałam dyskomfortu. Kolor wyszedł ciemny i chłodny, taki, jakiego oczekiwałam. Jest nieco gęsta przez to może się wydawać niezbyt wydajna, ale umówmy się, za 7 zł nie szkoda kupić nawet dwóch, czy trzech, jeśli zajdzie taka potrzeba. Zobaczymy jeszcze jak będzie się kolor spierał, jeśli wytrzyma dłużej niż dwa tygodnie, to lecę zrobić zapas na rok. 

Dlaczego nie chodzę do fryzjera?
Może to nie kwestia tego, że szkoda mi pieniędzy, ale patrząc na ceny, które gdzieś tu u mnie panują,  i nie przekładają się na jakość, wolę zrobić to sama w domu. Jeśli coś nie wyjdzie, będę miała pretensje tylko do siebie. U fryzjera niestety zazwyczaj dostaje się coś innego, niż się oczekuje, a całe to poklepywanie po ramieniu i gadki, że "kolor się jeszcze zmieni", "tak Pani ładniej, niż jakbyśmy zrobiły to inaczej", to jakaś żenada. Poza tym która z Was tak z ręką na sercu powiedziała, że coś się Wam nie podoba? Większość z nas przytakuje i dopiero w domu klnie pod nosem. A nie sądzę też, że gdyby doszło do takiej sytuacji osoba wykonująca zabieg zwróciłaby nam część pieniędzy, albo w jakikolwiek sposób przyznała się, że coś spierdoliła. Idę, życzę sobie to i to, jeśli nie jesteś fryzjerko w stanie tego zrobić na moich włosach bo: nie masz tylu umiejętności i wiedzy, farb i kosmetyków, które temu sprostają, albo na moich włosach będzie to źle wyglądało - powiedź. Oczekuję, że ktoś mi coś doradzi i sprosta jednocześnie moim oczekiwaniom. Jeśli nie, znajdę inne miejsce. Jeszcze nie trafiłam na salon, z którego byłabym na maksa zadowolona. Wierzę, że jeszcze takowy znajdę, może w innym mieście, bo niestety nie wszystko jestem w stanie zrobić w domu. A już na pewno nie obcięłabym sama swoich włosów ;) 

niedziela, 11 czerwca 2017

Makijaż na dziś - Indian oraz "Niespokojni zmarli", piąta część przygód z Davidem Hunterem

14:30 21 Komentarze
Miało być coraz mniej makijaży, a wpadłam ostatnio w jakąś wenę i znowu zaczynam coś tam tworzyć. To chyba ten moment, kiedy zastanawiam się co zrobić ze swoim życiem i przetwarzam różne opcje, w tym powrót do malowania, ale cii, wszystko jest w fazie próby. Mam wrażenie, że aparat tak zjada i przekłamuje kolory, że na zdjęciach wygląda to zupełnie inaczej jak na żywo, choć może być to też wina duochromów, które są trudne w uchwyceniu ich piękna. Mniejsza, cieszę się tym, że obecnie sprawia mi to przyjemność.

 Brwi: pomada Freedom Make up Medium Brown, korektor Catrice Camouflage 010
Oczy: baza Too Faced Shadow Insurance, cienie Makeup Geek Ritzy, Mai Tai, Corrupt, cienie Melkior Professional Desert Sand, Vintage Rose, City Smog, cień Inglot AMC 22, Inglot Duraline, eyeliner Maybelline Lasting Drama, tusz L'Oreal False Lash Wings, rzęsy Red Cherry #217
Twarz: krem BB Super + Skin79 zmieszany z podkładem Catrice HD Liquid Coverage, puder ryżowy Paese, bronzer TheBalm Bahama Mama, rozświetlacz Mary Kay Juicy Guava, mgiełka NYX Matte Finish, piegi zrobiłam sprayem L'Oreal Magic Retouch
Usta: konturówka Golden Rose Classics #322

Tak patrze na te swoje kłaki i powiem Wam, że trochę zatęskniłam za długimi włosami, więc wracam do zapuszczania :D W sumie, to jestem na dobrej drodze, ostatni raz włosy przycinałam w lutym, do ramion, a teraz już są o wiele dłuższe i cięższe, ale to jest zawsze problem, że są takie gęste fest. 
Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale Simon Beckett wrócił ze swoim Devidem Hunterem! To była niezła niespodzianka, jak zobaczyłam piątą część przygód tego antropologa sądowego w Empiku, od razu musiałam ją mieć, więc zamówiłam sobie na stronie Empika, bo wychodzi jakieś 7zł taniej, więc po co przepłacać ;) Serio polubiłam wersje papierowe, więc muszę mieć ich więcej. Sama książka momentami mrozi krem w żyłach i trzyma w napięciu do samego końca, zaskakując zakończeniem. POLECAM. 

środa, 7 czerwca 2017

Makijaż na dziś - Bitch please! oraz "Wołanie kukułki" autorki Harrego Pottera, bo o książce być musi

13:09 18 Komentarze
Dobra, nie wiem dlaczego akurat taka nazwa, może przez moją minę na zdjęciach, może przez to, że wyglądam trochę na wyniosłą i wiecznie niezadowoloną (takie chodzą słuchy), ale podoba mi się jego wydźwięk. A że już dawno nie było żadnego maziania, nazwać sobie mogę ten makijaż jak mi zachce. Poza tym musiałam przetestować kilka nowości z Inglota, krem BB ze Skin79 i mgiełkę z NYX. Cień z Inglota niewiarygodnie trudno uchwycić, mój aparat w ogóle jakoś ostatnio przekłamuje kolory, albo ja przestałam umieć go obsługiwać. Coś tam jednak widać na zdjęciach całej twarzy, to, jaki jest piękny i enigmatyczny.
 Brwi: pomada Freedom Make up Medium Brown, korektor Catrice Camouflage 010
Oczy: baza Duraline Inglot, cienie Makeup Geek Bada Bing, Barcelona Beach, Corrupt, cień Inglot AMC 86, rozświetlacz Makeup Revolution Vivid Baked Highlighter, rzęsy Ardell Demi Wispies Black
Twarz: krem BB Super + Skin79 zmieszany z podkładem Catrice HD Liquid Coverage, puder ryżowy Paese, bronzer TheBalm Bahama Mama, rozświetlacz Mary Kay Juicy Guava, mgiełka NYX Matte Finish, piegi zrobiłam sprayem L'Oreal Magic Retouch
Usta: Dose of Colors Stone
Pierwsze użycie tego kremu BB to było "jezu, co za gówno" zaro krycia, miał dawać matowe wykończenie, a był jeden wielki błysk. Zaczęłam więc mieszać go z niewielką ilością podkładu, żeby wzmocnić krycie i taa daam, po przypudrowaniu gęba wygląda jak muśnięta photoshopem, rly. Nawet zauważyłam, że w ciągu dnia nie świecę się tak, jak po standardowym matującym podkładzie, co wprawiło mnie w niezłe osłupienie. Zazwyczaj używanie u mnie BB kończy się masakrą (czyt. moja twarz świeci się jak wysmarowana olejem). A tu piękny efekt wygładzenia i rozjaśnienia twarzy i dodatkowo mat, jestem pod wrażeniem.
Snapchat mną zawładnął, normalnie bym nie wrzuciła takiego zdjęcia, ba, nawet nie macie pojęcia jak broniłam się przed zainstalowaniem tej apki, a co dopiero korzystaniem z niej. Snap był owiany złą sławą i mnie nadal kojarzył się z jednym...Zostałam porządnie namówiona do korzystania z niej i teraz przynajmniej z filtrami zawsze wyglądam znośnie, a nawet ładnie xD Także pozdro.

Teraz słów kilka o książce, którą miałam przyjemność czytać jakiś czas temu. "Wołanie Kukułki" J.K. Rowling pod pseudonimem Roberta Galbraith, zaintrygowana dobrymi recenzjami na lubimyczytac.pl przeczytałam, bo czemu nie, przecież Harry Potter to fenomen. Nie porwało mnie przyznam, trochę się nudziłam momentami, nie trzymała mnie ta książka w napięciu wcale, ale zakończenia są zazwyczaj ciekawe. Owszem, takie też było, ale domyślałam się chwilami kto może stać za "tym" wszystkim, mimo tego, że autorka wiele nie zdradzała, ale wybór też był ograniczony. Mam mieszane uczucia, bo są jeszcze dwa kolejne tomy i pewnie po nie sięgnę, dam jeszcze szanse Rowling w tym kryminalnym klimacie. Nie będę się rozwodzić, sami zdecydujecie czy Was książka porywa czy nie, bo w końcu książki się czyta i nie mówi się o nich zbyt wiele ;)


niedziela, 28 maja 2017

Po co czytać książki? Dlaczego Skandynawowie to mistrzowie kryminału? + Trochę kosmetycznie - najlepsza pomadka bordo, którą noszę dzień w dzień.

11:32 16 Komentarze
Jedni z Was pomyślą, że przecież czytanie książek, to rzecz naturalna, a drudzy, że po co, skoro są świetne filmy i w sumie na co komu to całe czytanie. A przecież są tysiące osób, które nie czytają w ogóle, a felieton w "Życiu na gorąco" się nie liczy. Serio. Pewnie wynika to z wielu czynników i nie będę się zagłębiać dlaczego ktoś może nie chcieć czytać, ale powiem jedno, że jeszcze 4 lata temu byłam właśnie w tej grupie nieczytających i osobiście wtedy uważałam, że książka, to nic ciekawego. Żal. I chyba nie muszę mówić, że przecież książki pobudzają wyobraźnię, powiększają nam zasób słów, lepiej się wypowiadamy i po prostu stajemy się mądrzejsi.
Po pierwszą książkę sięgnęłam mając 18 lat i było to dzień przed ustną maturą z polskiego. Nie wiem już co mi się wtedy stało, że zamiast powtarzać materiał do mojego tematu brzmiącego "Od herosa do pantoflarza. Mężczyźni w literaturze" postanowiłam przeczytać "Igrzyska śmierci". Pierwszą cześć tej trylogii przeczytałam w jeden dzień, byłam taka natchniona. Wynikało to z tego, że wcześniej podjarałam się filmem i postanowiłam porównać książkę z tym, co ktoś chciał pokazać na ekranie. Wtedy byłam zachwycona i filmem i książką, teraz raczej nie sięgam po sci-fun, bo zachłysnęłam się kryminałem. Także moją następną trylogią po obejrzeniu "Dziewczyny z tatuażem" (świetny film - POLECAM), było "Millenium" Stiega Larssona, któremu już niestety się umarło, ale był szwedem i do tego jeszcze wrócę. I to był taki zapalnik, do czytania kolejnych książek mrożących krew w żyłach. Jedna z lepszych lektur, jakie kiedykolwiek miałam przyjemność czytać, coś wspaniałego.

Z tego co pamiętam, później zdecydowałam się chyba na serię z Myronem Boiltarem, amerykańskiego autora Harlana Cobena. Seria ma jakieś 10 tomów, przynajmniej tyle miała, kiedy zaczynałam ją czytać. Bardzo zżywałam się wtedy z bohaterami książki, dlatego jeszcze nie zdarzyło mi się, żebym zaczęła czytać jakąś serię od środka, tylko zawsze od początku, do końca.
Następnie wydaje mi się, że zaczęłam czytać "Chemię śmierci" Simona Becketta. To również cykl, z Davidem Hunterem, który jest antropologiem sądowym. Książki zawierają mnóstwo opisów tego, jak rozkłada się ciało w różnych warunkach, więc odradzam czytanie osobom wrażliwym. Dla mnie było to coś mega interesującego i nie potrafiłam się oderwać od czytania.
Kolejnym trafem była Tess Gerritsen i seria z Rizolli/Isles. Tess z zawodu jest lekarzem, więc ma wiele cudownych medycznych kryminałów, jeśli takie lubicie, to polecam z całego serca.
Ogromny przełom przeżyłam, kiedy w moje ręce trafił "Człowiek nietoperz" Jo Nesbo, wprawdzie pierwsza część cyklu z Harrym Hole jest chyba najgorsza, chociaż zaczęłam ją czytać z powodu wysokich ocen na lubimyczytac.pl, mimo to od razu zakochałam się w Harrym i przeczytałam kolejne wydania. Dla mnie Nesbo to mistrz! Nie dziwie się, że Norwegowie tak go wielbią, bo spłodził im się świetny pisarz. Przeczytałam jego wszystkie dzieła, które wypuścił. Ma styl pisania, który uwielbiam, przerażające i brutalne opisy, no kocham tego człowieka. Potrafiłam płakać czytając jego książki, a kiedy przeczytałam ostatnią część z Harrym, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić i wtedy miałam chwile przerwy od czytania, bo musiałam to wszystko przetrawić. Zachwyt ponad wszystko.
W międzyczasie pojawiła się Camilla Lackberg ze swoją Sagą o Fjallbace i tak się stało, że pokochałam Skandynawie za ich książki, także na pewno zwiedzę sobie kiedyś te kraje, zaintrygowana książkami. Nie wiem co z tymi skandynawami, może im trochę zimno, może im się trochę nudzi, ale fakt jest taki, że wypuszczają niesamowicie ciekawe książki, po które zawsze będę chętnie sięgać. A mam jeszcze kilku do zaliczenia.

Oczywiście w międzyczasie był też kultowy Sherlock Holmes, klasyk i tutaj zbyt wiele mówić nie trzeba. Oraz wielu innych zagranicznych autorów, przez których trochę zamknęłam się na polskich pisarzy. Uważałam niemądrze, że Ci zagraniczni są lepsi i że nie mam czego szukać w polskich wydaniach. Wstydzę się teraz takiego myślenia, jednak coś sprawiło, że zdecydowałam się na coś polskiego i tak poznałam Remigiusza Mroza, Zygmunta Miłoszewskiego i stwierdziłam, że Polacy też potrafią pisać i wychodzi im to świetnie. Tak więc jak do tej pory wszystkie książki czytałam w formacie PDF, bo tak lubię i tak mi najwygodniej i serio nienawidziłam do tej pory "standardowych" książek, bo to ciężkie, bo to w ciemności nie można czytać, tak po skończonej ostatniej książce z Chyłką wyszła nowa, przedpremierowo już zamówiłam kolejną, papierową, bo nie mogłam się doczekać dalszych losów boheterów, których tak bardzo przeżywam.
Przez ogrom przeczytanych książek nigdy nie chciałam sięgnąć po Kinga. Przecież King to rzeczywiście prawdziwy król pisarzy. W końcu pomyślałam, no dobra, sprawdźmy w tkwi ten fenomen. Tak więc zaczęłam od "Lśnienia" i szczerze, nie porwało mnie to, nie czułam tego. Filmu to już kompletnie nie byłam w stanie obejrzeć. Dałam drugą szanse i przeczytałam "Cmętarz zwieżąt". Miał być to horror, więc tak też się nastawiłam, ale była to bardziej coś psychologicznego. Wkurwiało mnie to, że sam autor wielokrotnie pisał sam o tym, co się w książce zaraz wydarzy, jakby sam nie mógł się tego doczekać. Nie trafiła do mnie za bardzo ta książka, być może nastawiłam się na coś innego,a dostałam coś odmiennego. Może nie rozumiem fenomenu Kinga, może nie trafiłam na odpowiednią książkę dla siebie - nie wiem. Chciałabym przeczytać jeszcze jedną książę i utwierdzić się w którymś przekonaniu.
Poza tym miałam to samo z "Dziewczyną z pociągu", przecież to bestseller, dzieło, szał i szum wokół książki jaki został wywołany sprawił, że i ja ją przeczytałam. Dla mnie totalna klapa. Rachel autentycznie mnie wkurwiała, cała książka jakoś się nieznośnie ciągnęła, a zakończenie mimo, że dość interesujące, było krótkie i czułam niedosyt. Obejrzałam film, bo podobno był lepszy i czułam to samo. Dlatego nie wiem, czy przeczytam kolejną wypuszczoną książkę autorki.

A teraz, żeby nie było tak tylko o książkach, do których będę jeszcze wracać, przedstawię Wam cudo, które używam non stop od kilku tygodni. Bordo, odcienie głębokiej, ciemnej czerwieni, sprawiają, że czuję się lepiej, pewniej. A, że nie maluję teraz oczy praktycznie w ogóle, czymś musiałam to zastąpić i maluje sobie teraz usta.
Sprawczynią tego pięknego kolory jest Huda Beauty odcień Famous!


To teraz pytanie do Was, co obecnie czytacie i co polecacie? :) 

niedziela, 21 maja 2017

Dwa lata od makijażu permanentnego brwi metodą piórkową. Moja obecna pielęgnacja brwi i update makijażowy.

19:26 23 Komentarze
Dwa lata temu wrzucałam obszerny post o tym, jak, gdzie i za ile zrobiłam sobie brwi metodą piórkową. Post miał tysiące wejść, do tej pory pojawiają się pod nim komentarze dotyczące tego zabiegu i poczuwam się wręcz do obowiązku zaktualizowania informacji na ten temat, tym bardziej, że metody tego makijażu wciąż się zmieniają i jest coraz większy popyt na tego typu zabiegi. Link do poprzedniego wpisu znajduje się tutaj.
Kilka miesięcy po tym jak zafundowałam sobie nowe brwi, stwierdziłam, że nie są one wymarzone, ani takie, jakie oczekiwałam, więc wstępnie umówiłam się w tym samym salonie na poprawkę. W zasadzie była to swoista reklamacja, która została przyjęta. Nowy zabieg miał być wykonany inną metodą zwaną Fluffy Brow, dające efekt jak nazwa wskazuje puszystych brwi. Po długich namysłach, zwątpieniach i analizie przyznałam sama sobie, że to może nie ma sensu, że może ten zabieg nie jest dla mnie i pigment ponownie wchłonie się szybciej, niż powinien. W końcu i tak maluje brwi i tak, może po prostu czas znaleźć dobrą metodę na ich malowanie, a nie ingerencję ze strony linergistki. Ostatecznie dogadałam się z Panią Alicją (pozdrawiam przy okazji!), że resztę pigmentu usunie mi laserem, a pieniądze, które wydałam na zabieg zostaną mi zwrócone. I tak też właśnie zrobiłyśmy.
Na załączonym obrazku brwi dzień po zabiegu laserem, pigment był praktycznie niewidoczny. Teraz nie ma po nim śladu. Same usuwanie pigmentu leserem nie trwało długo, nie bolało też szczególnie i momentami tylko śmierdziało spalonym kurczakiem. Jednak bez obawy, włoski zostały na miejscu. Liche, jak zawsze, ale są.
Po całym tym ambarasie nie było metody malowania brwi, jakiej bym nie znała. Z resztą to temat, który wałkuję od początku istnienia mojego bloga i mam już swoje wzloty i upadki. Tak dla przypomnienia może wrzucę jakieś kompromitujące zdjęcie, ku przestrodze. Możecie śmieszkować, bo wyglądały karyńsko, choć to słowo nie było wtedy modne.
Kurwa, sama jestem pod wrażeniem ,że wyszło to spod mojej ręki. Jednak pewne rzeczy zauważa się po czasie, choćby to jak brwi potrafią zaburzyć proporcje. Koszmar. Były momenty, kiedy obcy ludzie pytali się, czy robię brwi od linijki. Że mi to nie dało wtedy do myślenia. Może przyda się komuś teraz, bo osobiście jak widzę blondynę, tlenioną, z czornymi brwiami jak wyngiel, to czuje się zażenowana. I też śmieszkuje.
Czy włoski przez te lata super mi odrosły? One też mają swoje fazy. Raz mam okres, gdzie są piękne i gęste, raz posypią mi się na tyle mocno, że mam luki, jakby mi ktoś w nocy wygolił kilka miejsc. Także chyba nie ma sensu pokazywać zdjęć, bo co tydzień są inne, choć cięgle walczę o ich wzrost "na stałe" Tak, apropo golenia, zrobiłam to kiedyś. Czuję wstyd, ale zgoliłam sobie brwi! Jak do chuja można zrobić coś takiego? Nie wiem. Młoda byłam. To wcale nie pomaga w rośnięciu, a wygląda paskudnie. Tak gdyby ktoś mógł pomyśleć, że to był powód.

Przy okazji pielęgnacji i wzrostu rzęs używam sobie Revitalising & Conditioning Sereum od Inveo (link do produktu tutaj) również na brwi. Działa w szczególności na rzęsy, chociaż jest o mniej więcej 3/4 tańszy od Revitalash i o równie tyle lepszy niż Long4Lashes, ale z brwiami też sobie radzi. Miałam zrobić osobną recenzję, ale nie mogę się za to zabrać, więc jakby co, to polecam już w tym momencie.
Obecnie maluję brwi mniej więcej tak, jak na załączonych zdjęciach. Różnica według mnie ogromna i to na korzyść. Teraz używam do malowania wyłącznie pomady z Freedom Makeup (link znajdziecie tutaj). Zmieniłam teraz tylko odcień na ciemniejszy z powodu przyciemnienia odrostów na Medium Brown, a do tej pory używałam Blonde, przez to konsystencja jakoś mniej mi się podoba i trochę trudniej się nakłada, no ale już nie będę marudzić. Trochę jeszcze dopracuje nakładanie go. Używam zazwyczaj do tego skośnego pędzelka z Zoevy albo tego z Real Techniques, a wszystkie niedoskonałości maskuje nieśmiertelnym już korektorem z Catrice, czyli Liquid Camouflage, dzięki czemu ten kształt jest ostrzejszy i wyraźniejszy.
Jeśli macie problem z malowaniem brwi, popróbujcie z różnymi kosmetykami przeznaczonymi właśnie do brwi, bo czasem nie tyle metoda nakładania, co produkt jest nieodpowiedni.
I tak sobie czasem marzę na powrót o permanentnym, bo nadal obserwuje kilka salonów, gdzie zachwycam się efektami i nowościami w wykonywaniu takiego makijażu. Także nie wyrzekam się, że już nigdy nie pomogę urodzie w ten sposób i jeśli pójdę tą drogą, to pochwalę się z Wami efektami!

A na koniec pytanie do Was. Jesteście posiadaczkami makijażu permanentnego, marzycie o nim? Dajcie znać o swoich przemyśleniach ;) 

sobota, 20 maja 2017

Co u mnie? Dlaczego się nie odzywam? Co mnie tak pochłania? Pogadanka, dużo zdjęć, nowe tatuaże, nowe kolczyki i odpowiedzi na wszelkie pytania.

11:06 10 Komentarze
Ostatni post pojawił się w styczniu, dawno temu, nawet nie spodziewałam się, że minęło aż tyle czasu. Dlaczego już nie bywam na blogach Waszych ani swoim? Wynika to z wielu czynników, ale w dużym skrócie - prawdziwe życie. Dopóki się uczyłam, albo byłam nierobem na bezrobociu, miałam mnóstwo czasu, więc oddawałam się makijażom, robieniem zdjęć i pisaniem. Teraz mi tego czasu na to brak, trochę wynika też to z lenistwa, braku weny, straciłam zapał. Niestety, ale czas się do tego przyznać. Nie cieszy mnie malowanie już tak jak kiedyś. Wstaje po siódmej, ogarniam pape jak co rano, żeby względnie wyglądać w pracy z klientem i po prostu nie chce mi się wymyślać cholera wie jakiego makijażu, więc po jakimś czasie nudzi mnie to i wpadam w rutynę, robię ten sam makijaż i brak mi już tej finezji. Wracam do domu o dwudziestej i marzę tylko o tym, żeby zmyć tę szpachlę z całego dnia. Chcę zjeść, umyć się i leniuchować jeszcze przez godzinę siedząc z moją Zochą (dla przypomnienia to mój królik), bądź dwie zanim pójdę spać, żeby znowu rozpocząć dzień od godziny siódmej. A kiedy już nadchodzi weekend, spędzam go z rodziną, znajomymi, przy dobrej książce albo filmie. I tęsknie czasem za tym ciapaniem się, prowadzeniem bloga i czytaniem blogów, które lubię, bo nie mówię, że nie sprawia mi to już przyjemności, ale to już nie jest to, co wcześniej. 
I tak pomyślałam sobie, że chce być tu jeszcze czasem, nieregularnie dość, może nawet nie do końca kosmetycznie jak zawsze, ale chce coś pisać. Trochę lifestylowo, trochę o książkach i o tym co mi do głowy przyjdzie. 
Zośka to już dorosła królica, jednak charakterek został ten sam. Zrobiła się za to większym pieszczochem i potrafi być naprawdę kochana. A ja jako matka Teresa zwierzęca znoszę jej fochy, sierść i to że zostawia w niektórych miejscach bobki, bo to w końcu królik i może mu się zdarzyć. Przegryzione ładowarki też znoszę. Królikowi rosną ząbki całe życie, gdzieś je ścierać musi, więc nie interesuję ją czy to ładowarka Pańci czy kawałek drewienka, Zocha ma to w dupie. Gdyby była szansa, pewnie przygarnęłabym wszystkie przybłędy świata, bo w zasadzie, to wolę zwierzęta od ludzi. 

Odnośnie jeszcze załączonego obrazka dodam, że doszedł mi nowy członek zwierzęcej rodziny, rysunkowy, ale jest. Jeleń zdobi mi teraz całe ramie, ale na tym pewnie jeszcze nie koniec. Mam już sowę, wilka, czaszkę, no okej, czaszka może nie jest zwierzątkiem, ale chciałam ją mieć odkąd skończyłam 6 lat, więc mam! Chcę dokończyć rękaw i w zasadzie niewiele mi zostało, ale chcę dobrze przemyśleć co i gdzie ma być. Jeśli ktoś z Was myśli nad wydziaraniem się i jest z okolic Szczecina, polecam studio Veronique Tattoo, wszystko wyszło spod jej igły, więc mogę z czystym sercem polecić. Ceny też nie są z kosmosu jak w przypadku niektórych salonów, a jakość na piątkę z plusem. Czy tatuaż boli? Owszem, ale wszystko zależy od miejsca i własnych predyspozycji. Przedramię od wewnętrznej strony było samą przyjemnością dla mnie, autentycznie igła zagłębiająca się w moje ciało sprawiała mi frajdę. Jest coś w tym, że tatuowanie i ból który temu towarzyszy uzależnia i ja się pod tym podpisuje. Nie ma w tym nic szalonego. Z sową w okolicach nadgarstka i łokcia było gorzej, ale do wytrzymania. Z jeleniem i częściami koło pachy i górnej części ramienia, cóż - bolało w chuj. Mimo to szybko się zapomina i ponownie ciągnie do tego, żeby zrobić sobie coś nowego. Tak to wygląda w pełnej krasie:
Fejm. Nigdy nie miałam tyle lajków. 
Blondynką też już nie jestem, bynajmniej nie taką prawdziwą (choć mentalnie jak najbardziej, hehe, taki suchar), przyciemniłam sobie górę, podobno nazywa się to teraz sombre. Standardowo cały zabieg odbył się w domowych warunkach przez moją mamę fryzjerkę - amatorkę, która za każdym razem powtarza, że nic mi już na tych kudłach robić nie będzie. Mimo to wychodzi zawsze względnie dobrze, na tyle, że nie muszę chodzić z torbą na głowie. Włosy sobie rosną, jest ich coraz więcej, bo troszkę zatęskniłam za dłuższymi i postanowiłam je nieco zapuścić. 
Tak to mniej więcej wygląda w pełnej okazałości. Szczupła też już nie jestem jak kiedyś. W prawdzie zdjęcie sprzed kilku dni, ale ten efekt to tylko poza, tak na serio to jestem grubełem i źle się z tym czuje, więc czas przejść na dietę, które przyniesie efekty. To już piąta w tym roku, ale co poradzić, jak lubię wpieprzać, jak na loszkę przystało. A 11 maja skończyłam 22 lata, czas zrobić coś ze swoim życiem. Zaczęłam w ten sposób, że zrobiłam sobie septum, ot taki urodzinowy prezent, bo kto mi zabroni. Często do zdjęć, albo tak o nosiłam sobie fake. Znudził mi się i trochę ryzyko, że przypadkiem dostanie się tam, gdzie nie trzeba podczas różnych akrobacji czy dłubaniu w nosie. Tutaj ryzyko jest mniejsze, choć dłubanie też nie jest takie łatwe. No i wygląda klawo. Nie wiem, czy wciąż się tak mówi, ale ja mówię! Podobno używam różnych dziwnych słów i zwrotów, o czym słyszę bardzo często, ale na tym koniec dygresji. Taki oto prezent sprawiłam sobie w Body Extreme we Wrocławiu. 120zł kosztowała mnie ta "przyjemność", ale uważam, że warto było, choć sam kolczyk nie do końca "mój". Nie przepadam za złotem, mam tylko złote kolczyki w uszach z sentymentu. Wolałam jednak taką ozdobę, niż bananka, który wygląda jak gil. Fuj. Czy bolało? W chuj. Łza się uroniła, nawet dwie, ale ból chwilowy i później nie czuć nic. Wymienić kolczyk mogę dopiero za 3 miesiące i nie mogę się tego doczekać, bo wtyknę sobie piękną podkówkę, czas gojenia nawet do 9 miesięcy, więc długo. Nadal powtarzam sobie, że było warto i cieszę się tym. Pierwsze pytanie mojej mamy odnośnie kolczyka to było "Będziesz teraz chodzić na smyczy, czy na łańcuchu?" Ha, myślę, że krówka woli chodzić na łańcuchu ;) 
Ostatnie dni spędziłam we Wrocławiu. Piękne miejsce, dobry klimat. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy i czas wrócić do rzeczywistości, ale miło jest zresetować się trochę, odpocząć od ludzi, zmienić otoczenie, spędzić czas w najlepszym towarzystwie. Wrażenia i wspomnienia wspaniałe. Chcę spędzać tam jak najwięcej czasu. Po prostu wrzucę więc teraz kilka zdjęć z tych miejsc. 
Mango Mama na rynku we Wrocławiu. Załapaliśmy się na Restaurant Week. Pyszne jedzenie! Miła obsługa i ciekawe wnętrze lokalu.
Wracając jeszcze do tematu książek, który ostatnio gdzieś tam ciągle się u mnie przewija, to uzależnienie, w którym potrafię się totalnie zatracić. Będę pewnie wiele razy pytać Was o tytuły, które możecie polecić. Jak dotąd lubuję się w samych kryminałach/thrillerach, akcja zawsze jakoś jest w stanie mnie porwać prócz "Dziewczyny w pociągu", ale o tym może w odrębnym poście. I nie, nie dokończyłam trylogii Greya, nie jestem w stanie, a przyznam się, że przez pierwszą cześć jakoś przebrnęłam. Może nie była to droga przez męki, ale szału też nie było.  Właśnie skończyłam czytać Świętego Psychola, którego autorem jest Johan Theorin. Książa o Janie Haugerze, który przeprowadza się w miejsce swojej pracy, a mianowicie przedszkola, które usytuowane jest blisko kliniki psychiatrycznej. Wychowankowie tego przedszkola to dzieci umieszczonych w Świętej Patrycji. Jan jest sympatycznym nauczycielem, ale ma wiele swoich sekretów. Bardzo dobra książka, psychologiczna z zaskakującym zakończeniem. Szukam więc nowej książki, bo długo nie wytrzymam bez niczego pod ręką. Myślę, że będzie więcej wpisów dotyczących książek. Oby to nie były ponownie płonne nadzieje co do pisania. Na pewno coś od czasu do czasu naskrobię.


A tymczasem kończę ten wywód, to chyba najdłuższy post ze wszystkich, które pojawiły się na blogu, a i tak starałam się streszczać ;) 
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie czegokolwiek, to chętnie odpowiem w komentarzach! 

W międzyczasie zapraszam na mój instagram, gdzie bywam dość regularnie: WdowaPoStalinie

Pozdrawiam! 

niedziela, 29 stycznia 2017

Makijaż na dziś - Przyjdź wiosno

13:42 23 Komentarze

 Brwi: kredka Kobo Brow Pencil #303 Twilight, Ultra Aqua Brow Tint Makeup Revolution, korktor Catrice Liquid Camouflage 010 Porcelain
 Oczy: cienie Makeup Geek Baby Face, Bada Bing, Corrupt, Typhoon, Mai Thai, Phantom, Mango Tango, Maybelline Lasting Drama Gel Eyeliner, rzęsy Ardell Studio Effects Wispies
 Twarzpodkład Catrice HD Liquid Coverage 010 Light Beige, puder ryżowy Paese, bronzer The Balm Bahama Mama, rozświetlacz Makeup Revolution Vivid Baked Highlighter
Usta: Vet n Wild Vupm it up 

niedziela, 1 stycznia 2017

Makijaż na dziś - Hello 2017!

13:50 18 Komentarze
Jestem wyspana, nie mam kaca, a Sylwester w tym roku mógłby dla mnie nie istnieć. Oby 2017 okazał się lepszy od poprzedniego i życzę tego samej sobie i Wam z całego serca! Nowy Rok przywitam za to makijażem ;) 


Brwi: kredka Kobo Brow Pencil #303 Twilight, pomada Freedom Makeup Blonde, korektor Catrice Camouflage 010 Porcelain
 Oczy: cień Maybelline Color Tattoo 24 HR #91 Creme de Rose, cień Makeup Geek Baby Face, Bada Bing, Voltage, glittery Makeup Geek Light Year, Satellite, tusz Maybelline Lash Sensational, rzęsy Ardell Studio Effects Wispies
 Twarzpodkład Catrice HD Liquid Coverage 010 Light Beige, puder ryżowy Paese, bronzer The Balm Bahama Mama, rozświetlacz Mary Kay Watermelon, 
Usta: pomadka Melkior Professional Infinity


Follow Us @wdowapostalinie