sobota, 25 listopada 2017

Mów do mnie brzydko! ... Wziąść, włanczać, przyszłem. Słówko o języku polskim.

18:32 18 Komentarze
Bynajmniej, nie będzie to tekst o zabarwieniu erotycznym. Smuteczek, też bym wolała poczytać coś o rżnięciu (trudne słowo) ale nie tym razem. Będzie to tekst, o języku polskim!

Zacznę od tego, że nigdy szczególnym orłem edukacji to nie byłam. ALE, jeśli chodzi o polski, to dla mnie w życiu jest dość istotne, żeby się polską mową dobrze posługiwać. Tak żeby wstydu nie było. Może nawet nieco więcej, ale te minimum przydałoby się zachować. Miałam kilka spięć w liceum na początku pierwszej klasy. Okres buntu, gówno w głowie i padło tak, że do spięcia doszło na polskim. Nie pytajcie co odjebałam, ale chcieli mnie zawiesić. Przyszło co do czego, to Panna Natalia była pupilkiem na polskim i jechała na samych piątkach. Można? Można. W życiu nie przeczytałam od deski do deski żadnej lektury. A byłam wychwalana pod niebiosa, że jako JEDYNA czytam lektury. Chuja tam. Wystarczy dobre streszczenie i minimum wysiłku od siebie. I właśnie o te minimum mi chodzi!

No właśnie, wiele osób z którymi mam te ogromną przyjemność rozmawiać, błędnie używa takich zwrotów jak "bynajmniej" i "przynajmniej". Bynajmniej brzmi nieco mądrzej, więc większość z nich używa właśnie tego słowa, bo przecież warto wtrącić jakieś mądre słówko w rozmowę. Nie ważne, że nie ma się bladego pojęcia o jego znaczeniu, ktoś równie głupi może pomyśleć, że jesteśmy bardziej elokwentni. Bynajmniej...

"Przyszłem", "poszłem", "weszłem", "włanczać" - mogłabym tak bez końca. To już temat rzeka. To jest coś, czego nie da się u niektórych wytępić. Wiecie jak to jest, wszechobecny jest widok kiedy na bluzach nosi się orzełka, Polskę Walczącą, jegomość pęka z dumy, że może się cieszyć z bycia Polakiem. Myślę sobie, pewnie ogarnia historię, ma coś w głowie. A tu gębę otwiera i mówi "bo ja przyszłem do Pani z taką sprawą". I czar pryska. Wstyd mi.  No, ale flaga dumnie przyodziewa ramię. Taka moda, nie rozumiem. Nie trzeba z resztą nosić patriotycznych ubrań. Wysławiają się tak równie przystojni i elegancko ubrani panowie, czy piękne i wypacykowane kobiety, a również te z przesiąkniętymi dymem papierosowym włosami i bez zębów. Reguły nie ma. Za każdym razem mam taką samą ochotę palnąć w łeb.

Kubeczek marzenie, kupcie mi!
Hitem jest, kiedy słyszę, jak ktoś w mięsnym chce kilka "plajsterków" szyneczki. Zdrobnienia to też jest w ogóle hit, ale o tym później. Wtedy otwiera mi się nóż w kieszeni. I wtedy, gdy ktoś mówi, że idzie na "gryla". Na co kurwa? Albo na drynka. Co to w ogóle jest?! Serio nie wiem co jest nie tak, gdzie ktoś popełnił błąd. To są po prostu perełki. A co do zdrobnień, to nie lubię. Okej, czaje, że można raz na jakiś czas użyć zdrobnienia, ale opowiadać o tym, że "jadłam obiad z takimi pysznymi ziemniaczkami i sosikiem i pysznym mięskiem, suróweczką i ogóreczkiem" to już jest lekka przesada. Nie lubię też, kiedy ktoś z klientów w pracy zwraca się do mnie "złotko", "słoneczko", "kotku". Może by tak na "Pani"? Nie znamy się, trzymajmy jakiś dystans.

Nazwy firm też można przekręcać na wszelaki sposób, "Hujajej", "Hujawiej", "Ksiomi" i o ile tutaj potrafię być w jakimś stopniu wyrozumiała, że nowa firma wchodzi na rynek i nie każdy ma pojęcie o jak ją wymawiać. I naturalne jest, że próbujemy ją spolszczyć. Przychodzi jednak ten czas, kiedy przyswajamy już sobie obcą nazwę i na GB nie mówimy "giba", że Carrefour to tak naprawdę "Karfur". I że Wittchen czyta się tak samo, jak się pisze. Czasem warto sobie to ogarnąć kiedy już musimy taką nazwę wypowiedzieć, bo ja też czasem nie mam pojęcia i to żaden wstyd się upewnić.

I jak widać wulgaryzmy nie są mi obce. Bardzo lubię, o ile kurwa nie zastępuje przecinka i o ile ktoś wie, kiedy może sobie pozwolić na rzucenie kurwą, bo kiedy idę załatwić coś do urzędu, to jednak taka sytuacja zobowiązuje mnie do pewnego zachowania. I niekoniecznie fajnie jest, kiedy słyszę jak klient wchodzi i mówi, że "spierdolił mu się telefon" i chce go oddać na gwarancję, bo gdzieś tę granicę trzeba sobie postawić. I w pewnych sytuacjach po prostu wypada nie być burakiem. I dopóki ktoś piszę "chuj" przez CH, to nic do tego nie mam.

Gorzej z ortografią. Jak widzę coś w stylu "z kont klikasz?", "wruciłaś już?" albo "jak Ci minoł dzień?", to flaki mi się przewracają w bebechach. Gdyby mój przyszły mąż miałby mi tak pisać, to...nie byłby moim mężem oczywiście. Nawet nie biorę takiej opcji pod uwagę. Dyskwalifikacja totalna. Nie wiem jak Ci ludzie zdają z klasy do klasy, kiedy nie mają opanowanych podstaw ortografii. Obczajcie jak "USEMKA" wygląda beznadziejnie przez U otwarte! Jak tak można? Też nie zawsze jestem pewna kilku słów, ale jak mam jakieś wątpliwości, to zanim coś napiszę, sprawdzam, czy aby na pewno poprawnie! Chyba nic mnie bardziej nie wkurwia, jak ktoś w jednym zdaniu wali 5 byków. Może nawet w jednym słowie, bo i tak się da. Coś strasznego.

Uwielbiam też, kiedy ktoś stawia spację przed przecinkiem. "Może bym coś zjadł ,a może nie ?" No jak to wygląda? Samo stosowanie interpunkcji niektórym sprawia trudność jakby to była co najmniej fizyka kwantowa. Czasem autentycznie nie wiem o co takiej osobie chodzi, czytam 5 razy to samo zdanie i dopiero po czasie dociera do mnie sens tego co ktoś chciał napisać. Taka sama różnica dotyczy tego, czy chcesz zrobić komuś "łaskę" czy "laskę"! Warto się zastanowić.

Jest jeszcze coś, co mówi prawie każdy z nas i nawet nie ma pojęcia o tym, że to błąd. A mianowicie, "w każdym bądź razie". TAK SIĘ NIE MÓWI! Albo "w każdym razie", albo "bądź co bądź". Nigdy razem. To jest coś, na czym bardzo często się łapie i z uwagą słucham jakiej formy kto używa. Tak samo zwracam uwagę na to, że coś może być "TRUDNE", ale nie ciężkie. Także "ciężko jest żyć lekko" jest tutaj kompletną bzdurą. Mam jeszcze ogromną awersję do tego,gdy ktoś mówi "dwutysięczny czternasty", rok "dwutysięczny" jest jak najbardziej poprawną formę. 2014 tylko i wyłącznie jako "dwa tysiące czternasty". Obłędem dla mnie jest jeszcze "efektywny" i "efektowny". Mam nadzieję, że wiecie moi drodzy czytelnicy w na czym polega różnica.

A przy słowie "perfum" to się trzęsę. Autentycznie. PERFUMY do jasnej cholery, niech każdy zapamięta na zawsze.

Wiem, że mogłabym tak wymieniać bez końca, ale komu by się chciało to czytać. Być może pojawi się jeszcze jedne post w tej tematyce, co by Was na jeden raz nie zanudzić. Wierzę, że jesteście tą lepszą częścią świata i wiecie kiedy co mówić i jak pisać, a jeśli nie macie pewności, to sprawdzacie! Bo nikt nieomylny nie jest. Nie macie nawet pojęcia, jak po 8 godzinach pierdolenia potrafi mi się plątać język.

Pozdrawiam z lekką nutą arogancji i poczucia wyższości, bo podobno patrzenie z góry zawsze wychodziło mi najlepiej xD
Dziękuję za uwagę!

niedziela, 12 listopada 2017

Kupmy sobie zwierzątko pod choinkę

14:08 21 Komentarze
Zośka to królik, zaraz minie 3 rok odkąd ją kupiłam, zawsze lubiłam nadawać zwierzętom ludzkie imiona, stąd właśnie - Zocha. Stalin to przybłęda, ale dostaje od nas tyle samo miłości, co królik. Nazwałam go z tego samego powodu, co siebie nazywając wdowąpostalinie.
Nie zawsze mam czas dla swoich sierściuchów, ale wtedy gdy ja jestem w pracy, te małe pasożyty są pod "opieką" mojej mamy. Zawsze są czyste, nakarmione i niczego, absolutnie niczego im nie brakuje. Zawsze chciałam być dumną posiadaczką psa, ale wiem, jaki to obowiązek. Poza tym warunki mieszkalne nie pozwalają mi na to, aby takiego psa przygarnąć. Nie chce, żeby wielki 30 kilowy pieseł (bo zawsze chciałam ogromnego czworonoga) męczył się na małym metrażu. Świadomie podchodzę do tego co mogę dać temu zwierzęciu i czego nie, dlatego też nie kupię sobie psa, dopóki nie będę miała swoich 4 ścian.

Święta się zbliżają, zacznie się kupowanie zwierzaków jak maskotek pod choinkę dla rozbestwionych dzieciaków, które CHCE zwierzątko i już. Nieprzygotowane na to, że to nie zabawka, że takie zwierzątko też wymaga od nas, aby je czegoś nauczyć. Chociażby robić siku i kupę na dworze czy do kuwety. To też wymaga czasu. To może trwać tydzień, a może trwać miesiąc, ale po 5 razie wdepnięcia w siki zwierzaka odechce się uczenia i zacznie się zastanawianie nad tym na chuj w ogóle to zwierze w domu. Przestanie się chcieć wychodzić z psem na dwór, bo dzieciak będzie za mały, żeby o 6 rano w mróz wyjść z psem na sranie. Zwierzak zacznie przeszkadzać, kręcić się pod nogami. Znudzi się i dzieciakowi i dorosłym. Nie będzie z kim go zostawić na dłuższy czas, kiedy Państwo będą chcieli wyjechać na wakacje. I taki oto mały kundelek albo kotek zostanie wyrzucony gdzieś przy drodze, bo okazał się nieprzemyślanym prezentem.

I to mnie właśnie boli, że zwierzęta są traktowane jak chwilowe widzimisię, kaprys. Oczywiście, że zwierzęta to też może być problem, że mogą być nieznośne i je też trzeba sobie wychować. Dlatego tak ważne jest, żeby 5 razy zastanowić się zanim zdecydujemy się na jakiekolwiek, nawet, jeśli to ma być chomik.
Zośka, niby tylko królik, przecież i tak siedzi w klatce. Po co szczepić, po co kontrolować stan uzębienia i obcinać pazurki. Wkurwia mnie doszczętnie, jak słyszę, że ktoś nigdy nie obcinał królikowi pazurów! Przecież je to boli. Wyobraźcie sobie, że nie obcinacie przez rok paznokci u rąk czy stóp. Powodzenia! Albo jeszcze lepiej, że ten królik nie wychodzi wcale z klatki. Wzięłabym takiego za łeb i przywiązała do kaloryfera. Siedź tam i sraj pod siebie. Takie zwierzę też musi swobodnie kicać, żeby stawy prawidłowo funckcjonowały! Pewnie, też straciłam przez nią kilka ładowarek, kabli, ubrań, które gdzieś mi pogryzła, ale biorąc ją byłam świadoma, że ten królik będzie to robił i staram się przed nią chować takie rzeczy. Nie dostaje ode mnie za to wpierdol, bo to moja wina, że coś jej w jej zasięgu, co może zniszczyć.

Kota z królikiem też przyzwyczajałam stopniowo do siebie, żeby żadne wzajemnie nie zrobiło drugiemu krzywdy. Szczególnie kot królikowi, bo on nie rozumie, że nie może się z nią bawić tak jak z innym kotem, że wyciągając pazurki może zrobić jej krzywdę. Wszystko zatem odbywało się pod moją kontrolą, tak, że teraz potrafią siedzieć obok siebie i żadne nie czuje się zagrożone. Stalin jak widać na załączonym obrazu zalewa Zoche miłością i gdyby mógł, to by ją zalizał. Bardzo ugodowe zwierze. Nawet przygruchał sobie jakieś inne małe dzikie kotki z podwórka. Wujek dobra rada.

Zawsze byłam otoczona zwierzakami, wychowywałam się się z nimi ucząc się jak się z nimi obchodzić, jak je szanować. Dlatego tak często wole ich towarzystwo od ludzi. Z ludźmi bywa różnie, a nie ufam szczególnie tym, którzy zwierząt nie lubią. Pokaż mi jak traktujesz zwierzęta, a powiem Ci jakim jesteś człowiekiem.

Była kiedyś taka sytuacja, kiedy przybłęda, którego kiedyś przygarnęliśmy uległ wypadkowi. Doczołgał się pod drzwi i nawet nie miał siły miałczeć, że coś mu dolega. Nigdy nie zapomnę, jak zostałam obudzona płaczem matki, że coś stało się kotu. Wyszłam na ten korytarz i widoku tego kota też nigdy nie zapomnę. Cały pysk miał we krwi i ropie, śmierdział niemiłosiernie jakby już zaczynał gnić. Ryczałam na widok tego kociego cierpienia, zakasałam rękawy, założyłam lateksowe rękawiczki i całą swoją delikatnością zaczęłam mu obmywać rany. Zaraz po tym biegiem do weterynarza. Okazało się, że ma złamaną szczękę, przegrodę nosową i stracił oko. Cały tydzień chodziłam z nim na kroplówki. Nie był w stanie jeść ani pić, więc co dwie godziny jak dziecko karmiłam go strzykawką i poiłam. Robił pod siebie, bo nie trzymały mu zwieracze. Ale doszedł do siebie, był jednookim bandytą, ale przeżył. Byłam dumna z siebie, mamy i z tego kota, który nie wiedział w jaki sposób może okazać nam wdzięczność. A opowiadam to nie dlatego, że czuje się jakaś pieprzoną bohaterką, tylko dlatego, że to był ludzki odruch pomocy zwierzakowi w cierpieniu. A widzę, jaka potrafi być znieczulica dookoła. Widziałam, jak bachory zamykały kota w śmietniku i napierdalały w niego petardami. Tego kota też przygarnęliśmy, był głuchy, ale polepszyło mu się i znalazł nowy dom.

I serio, gdybym znalazła tych wszystkich skurwysynów, którzy zadają ból jakiemukolwiek żyjącemu stworzeniu, ręka by mi nie zadrgała. Ujebałabym wszystkie palce i posypywała solą.

Istotną kwestią jest też to, że zwierzak kosztuje. Jedzenie, wyposażenie, szczepienia - trzeba mieć na to pieniądze. Jeśli nie stać nas na  utrzymanie kotka czy pieska - darujmy sobie ich kupno. Chyba każdy jest na tyle rozumny, żeby sobie przeanalizować ile będzie kosztował nas nowy domownik, czy jesteśmy w stanie poświęcić mu czas i czy to najlepszy pomysł, kiedy ma się dzieci, bo one nie są po to, żeby je ciągać za uszy i wkładać palce w dupe. Zwierzak ma prawo się wtedy nieco zirytować, więc jak upierdoli Wasze dziecko, to miejcie pretensje wyłącznie do samego siebie, ale przecież to nie tak będzie wyglądało. Zwierze wyląduje na zbity pysk, albo co gorsza, stanie mu się krzywda. Działa to też w drugą stronę. Zwierzak też musi być nauczony żyć z dzieciakiem, żeby nie był o niego zazdrosny, żeby nie drapał czy nie gryzł go z premedytacją. Wychowanie leży po naszej stronie. Naprawdę da się tego nauczyć. I dziecka, żeby żył w zgodzie ze zwierzakiem i zwierzaka życia w zgodzie z domownikami.

Uwierzcie, że jeśli nie pozwolicie zwierzakowi wchodzić na kanapę, to nie będzie tego robił. Nie ma sensu się na niego drzeć czy lać kapciem do chuja. To są pojętne istoty, wystarczy chwila czasu, kilka przeczytanych akrtykułów i wszyscy będą zadowoleni. Obdarują nas miłością, wdzięcznością i ciepłem.



Zastanówcie się kurwa zatem przed podjęciem tak ważnej decyzji jak kupienie zwierzątka.

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam!

środa, 1 listopada 2017

Co mnie wkurwia? | Madki

10:57 24 Komentarze
Nigdy nie zapomnę sytuacji na początku mojej pracy, kiedy wbiła do nas laska z pretensjami, że ona chce zrezygnować z umowy, bo jej nie odpowiada, bo podpisała coś, czego nie chciała, bo faktura przyszła inna, niż zakładała itp. itd. Nie ważne, że wszystko miała dokładnie napisane ile i za co będzie płacić, podkreślone i zaznaczone w kółeczka, nie ważne! Ona tego nie chce. Darła ryja co nie miara, a swoją nieuwagę argumentowała tym, że BYŁA Z DZIECKIEM. I koleżance, która wtedy podpisywała z nią umowę zarzuciła, że skoro była z dzieckiem, to powinna się bardziej postarać!
Myślałam, że strzeli mnie chuj, że wyjdę z siebie, tak się zagotowałam, jak to usłyszałam. Argument roku.
Madka roku, nie mogła poskromić swojego wrzeszczącego potomka, 8 cud świata i pretensje, że coś jej się nie zgadza, bo musiała się skupić na dzieciaku. To nie nasz problem, że ma niewychowane dziecko, które nie wytrzyma 10 minut w spokoju. Jeśli nie potrafi się przez to skupić na tym co mówi druga osoba - przyjdź bez dzieciaka. Oczywiście jako obrońca uciśnionych wpadł zaraz mężulek, mówiąc, że dopóki tego nie rozwiążemy, nie wyjdzie z salonu. Super, hura, siedź sobie dopóki nie zamkniemy salonu. Po 10 minutach zrezygnował, kiedy każdy przestał się nim interesować.

Tak tak, to z jednego z naszych salonów gdzieś w Polsce. Mam wrażenie, że niektóre matki podczas porodu wydalają mózgi z łożyskiem.
Oczywiście taka osoba jak ja, bez dzieci, co ja tam mogę wiedzieć na temat wychowania i miłości, przecież dowiem się dopiero, jak będę miała dziecko! Bo kobieta bez dziecka, to nie kobieta, dopiero dziecko ją dopełnia. A laski, które nie chcą mieć dzieci pewnie są sukami bez serca. A Ty masz dziecko, jesteś wyjątkowa dzięki temu, wartościowa, bo przecież jesteś jedyną osobą na świecie, która ma dziecko!
To chyba dokładnie obrazuje to, co chcę powiedzieć.
Oczywiście w internetach tego typu screenów jest od groma, ale pewnie większość z Was wyświetlają się tego typu złote myśli na tablicach fejsa i sami macie z tego śmieszkujecie. Zastanawiam się co wyrośnie z tych dzieci za 20 lat, kiedy takie osoby biorą się za wychowanie dzieci. Pewnie nic dobrego. Zabrakło tu jeszcze screenów na temat świerzaków i sporów antyszczepionkowych, ale tym już całkowicie gardzę. W szczególności to całą paranoją na tematy autyzmu, ja pierdole, dawno już nie było żadnej dżumy czy innej śmiertelnej choroby, ale przecież matki są takie zajęte, tu kupka, tam pierwszy raz marcheweczka, tu trzeba wstawić zdjęcie z podpisem "spacerkowo", ale na pierdolenie głupot w internecie mają mnóstwo czasu. Tak jeszcze apropo szczepień odeślę Was do wyśmienitego jak zawsze filmiku Naukowego Bełkotu. Cały ten wpis czaiłam się, żeby to zrobić, może ktoś coś z tego wyniesie.

Moja tablica nie raz zapełnia się wpisami odnoszących się właśnie od jakiś wpisów na temat poszczepiennych wpisów na temat powikłam i sama w to nie wierzę, że mam takich idiotów za znajomych. Już nie mówiąc o zdjęciach pociech, które wylewają mi się z każdej strony, ale pozwólcie, że już nie przytoczę cytatów, które tam widnieją, bo staram się je olewać. Pewnie większość ma w dupie to, że Twoje dziecko skończyło 125 miesięcy, że pierwszy raz dłubie w nosie i osrało się po pachy. No ale ta potrzeba dzielenia się z tym jest jednak silniejsza. Jednym odjebało mniej lub bardziej, innym wcale. Na szczęście z tymi, którymi nie odjebało mam wyśmienity kontakt i nasze rozmowy nie zawężają się do tematu kolek i luźnych kup dziecka. A nadal mamy o czym rozmawiać. Jestem za to wdzięczna!

W pracy spotykam się z wieloma sytuacjami, kiedy matka wejdzie z dzieciakiem, które wrzeszczy na całe gardło i serio wtedy nie da się pracować, ani rozmawiać z klientem. Albo takie, które zrobiło sobie plac zabaw, rusza rzeczy, których nie powinien, albo wchodzi buciorami na puf, na który później ludzie siadają dupą. I żadnej reakcji ze strony opiekuna i to mnie właśnie wkurwia. A potem rośnie to takie rozbestwione, bo przecież bezstresowe wychowanie, bo musi dostać to, co chcę. Na szczęście to nie mi włazi na głowę i to nie mój problem.

I to nie tak, że nie mam jakąś awersje do dzieci, nie mam z nimi problemu. Problem mam z rodzicami, którzy te dzieci wychowują w taki, a nie inny sposób. Którzy się zachowują tak, jak wcześniej opisywałam. Mam dwóch bratanków, których bardzo kocham, sama też chcę mieć w przyszłości dzieci, ale obiecuje, że nigdy mi tak nie odpierdoli!

A wszystkim matkom, które zachowują zdrowy rozsądek podczas wychowywania swojej pocieszy - gratuluję, szczerze! :)

Jeśli jest na sali jakaś mamuśka, która poczuła się urażona tym wpisem - nie przepraszam.


Dziękuję za uwagę i pozdrawiam! :D

sobota, 21 października 2017

Mój Ty Rysiu, Ryszardzie! Nowy członek mej zwierzęcej rodziny

17:25 34 Komentarze
Pisząc Rysiu nie miałam na myśli żadnego mężczyzny (a szkoda!), bo jakby co, to wolna jestem i no wiecie jak się nazywam xD weźcie numerek i ustawcie się w kolejce, czekam! A zatem na myśli miałam takie małe, leśne zwierzątko co ma takie fajne frędzle na uszach. Słodziak jakich mało, a że na mym ręku goszczą same zwierzątka (prawie, bo czaszka też jest) i wyłącznie te leśne, ryś wkomponował się doskonale w miejsce.
Tak ogólnie, to jestem mistrzynią robienia głupich min do zdjęć, bo przecież ładnie wychodzę tylko wtedy, kiedy mam przed sobą lustro, albo robię sobie selfie. Wtedy sztosik. Poza tym wyglądam jak debil. Wracając do tematu, tak oto ryś wylądował na ręku, ma się już dobrze, choć jeszcze jest nieco posiniaczony i spuchnięty, goi się jak głupi, swędzi jakbym co najmniej miała jakąś zakaźną chorobę skóry. Świerzba czy coś. Na szczęście to prawidłowa reakcja. Smaruje sobie wyjątkowo jakąś maścią typowo do tatuażu, Skin 2 Skin Ink Recover. Zazwyczaj wjeżdżał jakiś Alantan, albo Bepanthen, ale te są cholernie tłuste i brudzą wszystko dookoła. Ta maść się ładnie wchłania i nie brudzi. Poza tym chłodzi, a to jest coś, czego mi było trzeba. Można też używać na zagojone już tatuaże, aby wydobyć kolor i tak dalej. Mniej więcej w cenie dużego Bephantenu, więc polecam.
Chciałam się z Wami podzielić nieco wrażeniami, bo dość dzielna ze mnie dziewczynka i raczej dobrze znoszę ból. Wilk i czaszka prawie nie bolały, wręcz było to tak przyjemne, że było mi szkoda, kiedy skończyłyśmy. Z sobą było nieco gorzej na nadgarstku, a z jeleniem kiepsko w okolicach pachy i wewnętrznej części ramienia. Za to ryś...kurewsko bolał. Zachciało mi się habazi na samym łokciu. No kurwa dramat! Z resztą widać na zdjęciu, jak krew leci prawie ciurkiem, bo nie dość, że łokieć boli najbardziej, to kolor w zasadzie też bardziej boli. Chciałam to mam, niczego nie żałuje. Kociak jest piękny. A boleć musi! Inaczej każda pizda mogłaby sobie coś takiego zrobić ;)

Zaraz po wyjściu ze studia rozebrałam się, bo gorąco było, nie ma co się pocić bez sensu, więc i wszystkie tatuaże na wierchu. Podchodzi wtem do mnie jakiś dziadzia, na oko 65+ i nieco zgorszony rzuca i tu cytuję "Kto to widział, żeby się tak szpecić. Takie tatuaże to w więzieniu robią!" Przytaknęłam, powiedziałam, że siedziałam 20 lat za morderstwo, a takie tatuaże to za paczke fajek robią. Dziadzia bąknął coś pod nosem i zawinął się na pięcie. Takich sytuacji wiele w zasadzie nie miałam, kilka razy w pracy ktoś mi powiedział coś w stylu "Nie chciałabym mieć takiej córki", albo coś podobnego, ale ja takiej matki też nie chciałabym mieć, co by mnie rozliczała z moich decyzji, a co lepsze - wyrzeka, więc w sumie nic straconego. Nigdy nie myślałam o tym w sposób, że nie dostanę pracy, bo mam tatuaż. Mam pracę, jedną i tą samą od prawie dwóch lat. Nikt nigdy mi z tego powodu nie robił problemu, wręcz przeciwnie. Wszyscy u nas w salonie mają jakiś tatuaż.

Okej, gdybym miała zatrudnić kogoś z takim tatuażem, to też bym się dwa razy zastanowiła xD Ale poza tym wydaje mi się, że ludzie już nie myślą w ten sposób. Oczywiście zdarzają się takie przypadki jak wyżej opisałam, ale dostaje też mnóstwo komplementów z teko tytułu i różnych zapytań. Nie szkoda mi ani jednej złotówki, której wydałam z tego tytułu. Ani żadnej łzy, której i tak nie uroniłam, bo przecież jestem zajebiście dzielna. Serio nie miejcie oporów, póki nie jest to znak nieskończoności! :D Wiem, że jest pewna moda, na napisy, wilki, róże i mandale. Róbta co chceta, róbcie sobie nawet tatuaże gdzieś po kątach za flaszke, a później lądujcie w szpitalu z żółtaczką czy innym ścierwem, Wasza sprawa. Ja robię w studiu, gdzie mam pewność, że wszystko pójdzie dobrze. A wybieram wzory, na które jestem zdecydowana, które mi się nie znudzą za 5 czy 10 lat, bo nie kieruję się chwilową modą. Dzwony też kiedyś były modne i co? I nie przejmuje się tym, jak będę wyglądała w wieku swojej babki. I tak będę brzydka i pomarszczona, czy ma to znaczenie, że będę mieć tatuaże. Żadne kurwa.

Zwierzaki goszczą dumnie na mym ciele, bo je kocham i tym sposobem nigdy się z nimi nie rozstanę. Pamiętam to jak dziś, kiedy wykiełkowała we mnie myśl, że chce tatuaż. Miałam wtedy 6 lat i rysowałam sobie wzory czaszek. Dlatego też czaszkę mam teraz i jestem z niej bardzo dumna. W wieku 15 lat kupiłam sobie tusz kreślarski, odkaziłam igłę i wbiłam w skórę. Dziabałam tak punkt po punkcie, robiąc sobie swój pierwszy w życiu tatuaż. Stąd mam dwie nutki i serce na palcu. Wiem, nie było to zbyt mądre ani błyskotliwe, ale miałam 15 lat i prawo do głupot. Zagoiło się, nie dostałam żadnego trypra, teraz po 7 latach nadal go mam. Oczywiście nie próbujcie tego w domu, chociaż...kogo to obchodzi.

I jako gówniara byłam kiedyś z kimś, kto mi tego zabraniał. Bo tatuaże to powinny być widoczne dla nas samych, tego się nie robi na pokaz. Bo kim ja jestem, że będę chodzić i się chwalić. Ja pierdole, jak sobie przypomnę, to chce mi się rzygać. Dałam sobie wmówić jakieś bzdury, bo to człowiek młody i głupi. Zakochany. Teraz jestem starsza, świadoma. I KURWA NICZEGO NIE ŻAŁUJE! Także tego. Kończę tym cudownym zdaniem.

Wszystkie swoje maleństwa robię w jednym i tym samym studiu, mam zaufanie i nie chciałabym już nic zmieniać. Jeśli jesteście z okolic Szczecina, to dziołszka ze studia Veroniqe Tattoo może Wam takie cudo sprawić. Obczajcie sobie na fejsie.


Dziękuję za uwagę, pozdrawiam! :D

sobota, 14 października 2017

Fejsbók | Najgorsza praca, to praca z ludźmi | Cytat roku

10:56 21 Komentarze
Jeśli na tym zdjęciu, wyglądam jak wredna suka, to powiem Wam, że wyglądam tak przez większość swojego dnia.
Nie, żebym była taka wredna, zgorzkniała i brakowało mi chęci do życia codziennie, ale zdarza się, że nie mam już do pewnych sytuacji sił. Odkąd skończyłam szkołę pracuje zawsze w obsłudze klienta. Pierwsza moja praca, to była praca w meblach. Byłam królową wersalek. Wtedy to dopiero miałam kondycję, w ciągu dnia nie robiłam sobie przerw na papierosa, a trzypiętrowy budynek wymagał ode mnie hasania w te i we wte z jednego piętra na drugi i jeszcze piwnica. Trochę mi brakuje tego ruchu, w porównaniu z tym, że teraz siedzę tylko na dupie. Nie miałam nawet pojęcia jaki to kolor olchowy, ale wszystkiego się człowiek nauczy. Momentami było śmiesznie, a czasem nie miałam ochoty wstać do roboty. Najlepsze były kalambury typu "Chciałabym kupić uchwyty od środka" kminie kurwa co to może być, aż mnie nagle oświeciło, że facetce pewnie chodzi o ZAWIASY.

Później zatrudniłam się w Naturze, myślałam, że to będzie praca marzeń, bo przecież szał, kosmetyki, ale nie tak ją sobie wyobrażałam. Stałam po 9 godzin, nie mogąc sobie nigdzie usiąść i w zasadzie przysługiwała mi tylko jedna 15 minutowa przerwa, ale pierdoliłam to i robiłam sobie dwie, bo byłam głodna! Poza tym wiecie ile zarabiałam? 950zł! Jakieś kurwa jaja. Do tego traciłam 200zł na dojazd no i zostawały mi jakieś marne grosze, nawet nie na waciki. Jakoś uciułałam wtedy na swój pierwszy tatuaż chociaż. Do tego musiałam mieć swoje czarne ciuchy, całe czarne, bo przecież jakiś drobny napis na koszulce zbezcześciłby renomę firmy. Buty oczywiście też czarne, które musiałam sobie sama kupić, za swoją marną wypłatę. DRAMAT. Ta praca z doradzaniem też miałam niewiele wspólnego, bo przecież klientki i tak wiedziały lepiej. Obsługiwałam kiedyś taką blondyneczkę, która szukała kredki do brwi. Poleciłam jej chyba wtedy jakąś z Kobo, której sama używałam, bo miała ładny, chłodny odcień. Ale nie, ona chce czarną i chuj! Próbowałam jej przemówić do rozsądku, bo blond tlenione włosy rzucały się bardziej niż jej czarne, krzywe brwi, a może to te brwi się rzucały bardziej w oczy. Nie wiem. Swój wybór argumentowała tym, że przecież robiła już sobie czarny permanentny makijaż to i chce czarną kredkę. Proszę bardzo.

Następnie przeszłam do Play i nie żałuje tej decyzji. Do tej pory to najlepsza praca, jaka mi się trafiła. Jednak jak każdy, kto pracował kiedyś z innymi ludźmi w obsłudze, wie, jakie to niewdzięczne.
Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy klient nazwał mnie KURWĄ. Dlatego, że nie chciałam mu udzielić informacji o numerze, który nie był na niego. Oczywiście, że mi nie wolno, bo jest ochrona danych osobowych. Jednak ludzie, to tępe dzidy, a to działa w dwie strony, bo nie sadzę, by sami chcieli, aby ktoś postronny dostawał informację na temat ich numeru, albo w ich imieniu olaboga podpisał umowę. Nie. Liczy się tylko to, że oni chcą i ja mam im to dać. Taki chuj. Wracając jednak do tej kurwy, to uwierzcie, że gdyby powiedział to stojąc bliżej mojego biurka, a nie wyjścia, bo przecież taki chojrak powiedział to na odchodne, dostałby w ryj. I nawet ręka by mi nie zadrżała. Kiedy emocje już z nieco opadły, poszłam i zaczęłam ryczeć na zapleczu. Więcej takiej słabości nie okaże już nawet sama przed sobą, bo w tym czasie zdążyłam się nieco zahartować i najlepszą bronią jest uśmiechanie się, kiedy klient myśli, że krzykiem i wyzwiskami coś ugra. A uśmiech zawsze sprawia, że jeszcze bardziej go to wkurwia.
Jest taki profil na fejsie, Dzień z życia konsultanta, zerknijcie sobie czasem dla śmiechu, bo sytuacje potrafią być absurdalne ;)

A kiedy jesteśmy już w temacie fejsbóka, to mam wrażenie, że moi znajomi, to idioci. Oczywiście mówię tu bardziej o tych, którzy niby Cię znają, ale "cześć" to Ci na mieście nie powiedzą. I jak widzę, jak lajkują swoje zdjęcia albo posty, to mam przed oczami tylko jeden obrazek.
Tak to właśnie wygląda.
Uwielbiam też wszelkie udostępnianie wpisów typu "lajk = 1zł" na chore dzieci, biedne zwierzątka, wodę dla dzieci w Afryce. Serio kurwa ktoś w to jeszcze wierzy? Chcesz komuś pomóc? Wpłać kwotę na jakąś fundację, wyślij sms'a, bo wiem, że to niewiarygodne, ale DZIAŁA.
I tak apropo pomocy, to osobiście na siepomaga.pl wysyłam smsy właśnie na biedne zwierzątka, bo mam wrażenie, że one są trochę zapomniane. A cierpią tak samo, jak ludzie. Tak samo chcą być kochane i nadzieja na ich dobro tylko w ludziach. Niestety na nieszczęście też przez ludzi. I serce mi pęka i krwawi, kiedy widzę ich ból, a przez to, że to właśnie zwierzęta wolę od ludzi, wspomagam pieski, kotki i inne czworonogi. Koniec dygresji.
Są oczywiście też ludzie, którzy wrzucają teksty typu "Gotujemy obiadek", "Spacerkowo", "Mój synuś kończy dzisiaj 2385 tygodni", "Mój synuś je pierwszy raz marcheweczkę", "Ten użytkownik znajduje się w: restauracji kokodżambo, burdelu, wielu innych dziwnych miejscach i miejscowościach" i temu wszystkiemu towarzyszy multum zdjęć, albo i nieee. I pewnie pomyślicie, że skoro mam z tym jakiś problem, to czemu tej osoby nie wyjebie ze znajomych, albo czemu nie odlajkuje go, aby powiadomienia mi się nie wyświetlały. Bo ja nie mam z tym problemu. Mam z tego bekę, bawi mnie to i poprawia humor, właśnie dlatego :D Uświadamiam sobie wtedy jacy ludzie zapraszają mnie do znajomych.
Na mojej tablicy znajdzie się niewiele informacji czy zdjęć. Dzielę się zazwyczaj tym, jaką książkę w danym czasie czytam, ale to chętnie też oglądam u innych, bo zawsze to można wpaść na jakąś fajną książkę i podzielić się wrażeniami z innymi. Zdjęcie wstawiam średnio raz na pół roku. Częściej wrzucam coś na insta, ale to też nie jest jakiś spam, który wkurwia ludzi. Często też udzielam się na snapie, ale ten jest tylko dla bliskich mi osób, więc nie podlega to dyskusji ;)

Na pożegnanie jeszcze głęboki cytat motywujący do pracy, niczym wyrwany z usta Paulo Coelho.
"A kto umarł, ten nie żyje." Nie jest ani trochę mniej głupi.

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam! :D

niedziela, 8 października 2017

Lady in deep red | Próżność | Trochę pieprzenia o życiu

12:52 24 Komentarze
Dobra, dobra, piszę rzadko, ale dzisiaj mnie tak naszło, że brakuje mi ładnych zdjęć i trochę sobie pofociłam. Bo, uwaga (i tutaj będę skromna w chuj) jestem ładna i trochę próżna, ale to każdy ma w sobie trochę tego pierwiastka, że chce się sobie podobać i dobrze wyglądać i bla bla bla. Ważne, żeby być świadomym swoich zalet i wad, więc ja jestem świadoma, że mam ładny ryj, kości policzkowe, za które niejedna laska dałaby się pokroić i korzystam z tego. Wszystko to potrafię doprawić makijażem i voila, oto jestem.
Powiem jeszcze odnośnie tych zalet, że mam ładny uśmiech, wielki zad (tutaj mogą być skrajne opinie) i odstające obojczyki oraz seksowną lewą półkule* Oczywiście skupiam się tylko na tych wizualnych cechach, przyjdzie pora na paplanine o tym, co mam "w środku". Żeby nie było, że jestem chodzącym ideałem, bo przecież nie jestem (ale niewiele mi brakuje ;) ) mam też wady w swoim wyglądzie. Dziura po ospie na czole, cellulit, rozstępy, małe cycki i wiele innych mniejszych i większych problemów. Czy się tym przejmuje na co dzień? Nie. Jednak są dni, kiedy czuje się jak gówno. Brzydka, gruba i beznadziejna. Zazwyczaj dzieje się tak przed okresem, hormony mi szaleją i popadam w jakąś paranoje, ale radzę sobie.

*apropo mojego mózgu, nie jestem gołosłowna!

Ostatnio koleżanka pokazała mi pewnego mema, rozbawił mnie i myślę sobie, to chyba o mnie (o nas, bo koleżanka też ma).
Oczywiście śmieszki heheszki, ale pewne rzeczy, które robię ze swoim ciałem (czyt. kolczyki i tatuaże) dodają mi też nieco pewności siebie. Oczywiście mogłabym iść też na siłownie i zrobić coś bardziej pożytecznego, ale jestem leniwą kluchą. I byłabym fit, gdybym nie wpierdalała czekolady :D W zasadzie nie do końca ogarniam całej tej mody, na bycie fit weganem na bezglutenowej diecie. Nie wyobrażam sobie podporządkować całego swojego życia diecie. A już szczególnie takiej, gdzie nie jadłabym mięsa i zboża. Widziałam ostatnio w Lidlu bezglutenowy papier ryżowy. Gdzie do chuja w ryżu miałby być gluten. PARANOJA. Ale hajs się zgadza, a ludzie kupują bezglutenową mąkę ryżową za 7zł. A tak naprawdę 1% populacji ma celiakię, ale pooglądajcie sobie Naukowy Bełkot, on mówi mądrzę na ten i inne tematy.

Zastanawiam się czasem która to ja na tym zdjęciu, sami zdecydujcie xD Pomijając fakt, że wyglądam wybitnie niekorzystnie, chciałam mieć selfie z koleżanką krówcią! W końcu mamy takie same kolczyki :D A ja mam do siebie dystans. Zdjęcie powstało na Targach Rolnych w Barzkowicach, na którym kupiłam obłędną konfiturę z płatków róż. Ambrozja. Serio. Oszczędzam i szanuje, bo takie dobre :D A za słoiczek dałam 25 zika, warto było. Wzięłam sobie jeszcze wino z naszej zachodniopomorskiej winnicy, wytrawne, w sumie to nie lubię, ale te było wyjątkowo aromatyczne i pyszne. Będzie na specjalną okazję, może na tą, jak już znajdę męża xD Miałam nadzieję dorwać też wino różane, ale te nadzieje okazały się być płonne, nawet nie macie pojęcia jakie to dopiero jest pyszne! Nic straconego, można zamówić przez neta i to właśnie zrobię!

Tak bardzo kocham matowe pomadki, że mam ich miliard. Ciągle to rozszerzam swoją kolekcję o kolejne podobne do siebie odcienie czerwieni i inne kolory w sumie też. Większość zamawiam na Geek, trochę takie podrabiane Aliexpress, ale kurde, 8 zł kosztuje mnie jedna pomadka z przesyłką, dochodzi w ciągu 2-3 tygodni, a jakość jest serio dobra. Nawet lepsza, niż niejednej pomadki z drogerii. Muszę obczaić, czy są podobne na Ali i zrobić zapasy jakby miał nadejść koniec świata.
Ogólnie na twarzy mam standard, czyli: Podkład Catrice HD Liquid Coverage, puder ryżowy My Secret, bronzer Kobo Matt Bronzing & Contouring Powder oraz mój ukochany rozświetlacz z Makeup Revolition Vivid Baked Highlighter. Na oczach wyłącznie cień z Maybelline Color Tattoo 24 HR, eyeliner Maybelline Eyestudio Lasting Drama i rzęsy z Ardell Double Wispies. Na brwiach jak zawsze pomada Freedom Makeup i korektor z Catrice Liquid Camouflage. Na ustach wspomniana wyżej pomadka gdzieś z Chin o nazwie Pudaier, cokolwiek to za firma. Nie jestem przez nią napromieniowana, ani nic innego złego mi się z ustami nie dzieje, więc chyba jest okej.
Na potwierdzenie jeszcze tego, że jestem próżna i ładna, wstawiam moje ulubione zdjęcie z ostatnich dni xD

POZDRAWIAM! Miłego czytania!

niedziela, 23 lipca 2017

Makijaż na wesele | Selfie z kozą | Jezioro Lubachowskie| Labirynt Strachu

11:12 1 Komentarze
Kolejny urlop, kolejny raz we Wrocławiu i jeszcze raz w Zoo. Poprzednim razem nie udało mi się zrobić tego zdjęcia, ale w końcu je mam! Selfie z kozą zawsze spoko :D
Pogoda dopisała, sobota, więc kolejki były niesamowite, ale wakacje to chyba najlepszy czas, żeby móc tam wszystko pozwiedzać i zobaczyć każde zwierzątko.
15 lipca akurat był organizowany festiwal Food Trucków, więc można było się nieźle obeżreć i opić. Teraz jednak czas zrzucić oponkę, a raczej oponę, bo robi się groźnie. Pozwoliłam sobie na zbyt wiele jak na każdym swoim urlopie. Wracam więc na kolejną, już chyba 5 w tym roku dietę, bo niestety nie mam czasu ruszyć gdzieś dupska i poćwiczyć, jak się jest 14 godzin poza domem. Trochę to smutne, że nie mam prawie na nic czasu. Migrena od powrotu z urlopu też doskwiera mi na tyle, że nie mam na nic sił i odczuwam wiecznie zmęczenie. Przejebane powiem Wam.
Udało nam się wybrać nad jezioro Bustrzyckie (Lubachowskie), ale pogoda nie rozpieszczała. Dwa dni przed złapała nas taka ulewa tak, że zmokłam do samych gaci w ciągu 30 sekund, złapało mnie więc przeziębienie i zdychałam. Włażąc na ten punkt widokowy też myślałam, że się prędzej zesram, no ale wgramoliłam się jakimś cudem. Warto było, choć słońca brakowało zdecydowanie. Niedaleko znajduje się Zamek Grodno, ale już nie starczyło nam czasu na dalsze zwiedzanie, więc może następnym razem. Klimat panujący tam jest przyciągający, sporo było ludzi, którzy przyjechali tam na wczasy. Zdecydowanie jest na co tam popatrzeć i warto wziąć te miejsce pod uwagę przy zwiedzaniu dolnego śląska.
_________________________________
Moja bratowa, w końcu umalowana, wreszcie ma brwi! Nie pytajcie jak wygląda bez ;) Makijaż trochę na szybko, ale ważne, że zadowolona. Na pape nałożyłam podklad z Too Faced, Born This Way, zauważyłam, że on wygląda ładnie na wszystkich twarzach, prócz mojej. Na mnie wygląda wręcz okropnie, a wszystkie moje klientki są z niego zadowolone. Na oczach też Too Faced, Chocolate Bar, eyeliner z Maybelline i pyłek z Inglota. Na pliczkach moja ukochana Bahama Mama z the Balm oraz rozświetlacz z Makeup Revolution.
_______________________________
Labirynt Strachu Beaty Nowosielskiej. Sięgnęłam po tę książkę, bo: miał to być horror, jest to debiut autorki i jest polska. Byłam ciekawa. Poza tym miałam 50zł w bonie do Empika.
Pierwsze co rzuca mi się w oczy to wielokropki, wszędzie w tej książce są wielokropki i uznałam, że autorka ich zdecydowanie nadużywa. We wszystkich moich przeczytanych książkach nie było ich tyle, co w tej jednej. Później moja myśl była taka, że książę napisał jakiś gimnazjalista. Bez urazy, ale odczuwa się fakt, że to pierwsza książka P. Beaty.
Może powiem więc teraz o czym jest książka. A no o tym, że grupa studentów wybiera się do pewnego domu w lesie, na wakacje. Miało być pięknie i przyjemnie, a okazuje się, że wakacje przemieniają się w koszmar, a dom staje się pewnym więzieniem dla nich.
Uznałam, że fabuła jest wystarczająco interesująca i rzeczywiście taka jest. Jednak sam styl pisania -no wiele mi brakuje na tym polu i te dialogi jakieś takie nienaturalne. W połowie książki nagle twist, myślę sobie, zajebiście. Jednak nagle wracamy do tego, co działo się na początku i czułam się trochę zawiedziona, ale później pomyślałam, że to ma sens. W końcu byłam szczerze ciekawa jak ta książka się zakończy. Gdzieś tam jeszcze na początku mi się skojarzyła z Cmętarzem Zwieżąt Kinga, bo też był las i jakieś magiczne moce i też jest kot, nieco dziwaczy, ale poszło to na szczęście w całkiem inną stronę. Książkę czyta się szybko, wręcz ekspresowo, bo jednak człowiek chce się dowiedzieć co jest na tej kolejnej stronie, ale nie jest to coś, co wzbudza we mnie dreszcze i mrozi mi krew w żyłach. Tego mi zdecydowanie zabrakło. I jakiegoś większego polotu w tych dialogach. Oraz to, że ostatecznie stwierdzam, iż cała historia jest nieco przekombinowana. Jeśli jednak powstanie kolejna książka tej pisarki, która z zawodu jest ratownikiem medycznym, to na pewno przeczytam, mając nadzieję, że będzie lepsza.

niedziela, 2 lipca 2017

Całym sercem z kobietami - kampania Mary Kay | Leniwa niedziela z Dexterem

16:02 17 Komentarze
Mary Kay rozpoczęło kampanie edukacyjną, która ma za zadanie promowanie zdrowych dla serca nawyków oraz podnoszenia świadomości Polek na temat objawów zawału u kobiet. Jeśli chodzi o promowanie tego typu akcji to jestem jak najbardziej za, bo niestety samej zdarza mi się zapomnieć, że zdrowie jest najważniejsze i że trzeba się przełamać, iść do lekarza i zrobić chociażby te podstawowe wyniki. Praca, obowiązki i odkładanie tego na "potem" jest pewnie znane każdej z nas. Lepiej zrobić to zanim zacznie nas coś niepokoić, bo wtedy może być już nieco za późno.

Jak zawsze Mary Kay nie zabrakło pomysłu, bo w każdej przesyłce, którą dostały blogerki był przepiękny bukiet kwiatów w kształcie serca. Nie jestem może jakąś wielką fanką habazi, ale te były szczególnie ładne, poza tym doceniłam miły gest ze strony firmy.
Oraz róże do policzków, w kształcie serca rzecz jasna. W dwóch odcieniach, jeden jest typowo różowym róże, drugi wpada w brąz i zdecydowanie ten podoba mi się bardziej. Można dostać je w cenie 85zł na stronie producenta.
A wracając do tematu głównego, choroby serca są główną przyczyną zgonów wśród Polek. Co trzecia z nich umiera z powodu zawału serca, który rozpoznaję się średnio 30 minut później niż u mężczyzny.
Pamiętajmy, że to właśnie choroby układu krążenia są największą przyczyną umieralności kobiet i mężczyzn. Jednak u kobiet zawał jest trudniejszy do rozpoznania, objawy są mniej specyficzne niż u mężczyzn. Zawał może z początku przypominać objawy, które występują podczas grypy, bądź niestrawność. Mogą wystąpić również wymioty i ogólne uczucie osłabienia. Powszechnie przyjęło się, że to raczej mężczyźni chorują na serce i umierają częściej na zawały, więc kobiety jakby nie widziały problemu, który może ich dotyczyć.
Warto wiedzieć to myśląc o sobie i o bliskich, których posiadamy. Znając objawy zawału możemy komuś pomóc, uratować życie czyjeś i swoje własne.

_________________________________

Jeśli tylko mam do dyspozycji jakieś 45 minut wolnego czasu, romansuje sobie z Dexterem. Zastanawiam się dlaczego dopiero teraz zaczęłam go oglądać, choć na ekranach jest już od 2008 roku. Mimo to zachłysnęłam się tym serialem i oglądam go z zapartym tchem. Bardzo się zżyłam z bohaterami, przeżywam ich problemy i wzruszam się. Do tej pory byłam ogromną fanką Dr. House'a i najlepszego na świecie Sherlocka Holmes'a. Nie dziwi mnie więc, że tak bardzo pokochałam Dextera. Jeśli istnieje na świecie jeszcze ktoś, kto nie ma pojęcia o istnieniu Dextera, to bardzo polecam się zapoznać!

niedziela, 25 czerwca 2017

Box Only You - Rozkwitnij na wiosnę! Recenzja paki kosmetyków: Ziaja, Bioteq, Biovax, Bell, Bandi, Mollon Pro, LC+, Nou.

10:50 11 Komentarze
To już kolejna edycja BOY, czyli ogromnej paki kosmetyków różnego rodzaju, którą my blogerki sobie testujemy. Poprzednią edycję znajdziecie pod tym linkiem: Dookoła Włosów. Każda blogerka może się zgłosić do takiej edycji, formularz znajduje się na stronie dedykowanej Box Only You.

Czy rozkwitłam na wiosnę? Wiosny w zasadzie nie było, od razu przeszło do lata, więc jakby nie było na to czasu. Jednak owszem, sam fakt, że za oknem jest słoneczko napawa mnie szczęście i energia, więc jak najbardziej można to zaliczyć jako rozkwit. A pomóc właśnie miał nam w tym ten ono zestaw kosmetyków.


1. Bioteq, Cloth Mask.
Maseczka w tkaninie, która ma za zadanie dogłębnie nawilżyć cerę, sprawić, że stanie się sprężysta i elastyczna, oraz zniweluje podrażnienia.
Powiem tak, nałożenie tej tkaniny jest bardzo przyjemne, lekko chłodzi kiedy zetknie się ze skórą. Rzeczywiście to nawilżenie czuć, nawet kiedy po tych 20 minutach maskę się zdejmie. To, że skóra jest napięta i elastyczna również. Jednak podrażnień nie łagodzi, jak miałam pape czerwoną tak mam. Mimo wszystko raz na jakiś czas fajnie będzie do niej wrócić.
2. Mollon Pro Cuticle&Nails Regenerating Rose Oil.
Różana odżywka która ma wzmocnić paznokcie. Działa! Ma przyjemne, lekko różany zapach. W środku odżywki też są zanurzone płatki róż. Nawet bardzo zniszczone paznokcie po nieudanej hybrydzie regeneruje, więc polecam jak najbardziej.
3. LC+ maska złuszczająca do stóp.
Skarpetki są już chyba wszystkim znane, mają oczywiście złuszczyć martwy naskórek ze stóp.
Ja się boję używać takich rzeczy, jak to schodzi to wygląda obrzydliwie. Oddałam mamie. Chodziła i się łuszczyła, fuj. Ale działa, bo w końcu o taki efekt chodziło. Później chwaliła się jakie to ona nie ma gładkie stopy. Nic tylko złuszczać!
4/9. L'biotica Biovax Opuntia Oil&Mango odbudowujący balsam do włosów. 
Lubię Biovax, mam już za sobą kilka różnych kosmetyków z tej firmy i byłam zadowolona. Tutaj producent zaleca stosować balsam bez spłukiwania na wilgotne włosy. Ja spróbowałam również swojej wersji ze spłukiwaniem i ten sposób chyba podoba mi się bardziej. Moje włosy mają to do siebie, że szybko się przetłuszczają, są ciężkie i oklapnięte, dodatkowa porcja kosmetyków niekorzystnie na nie wpływa, więc jeśli już używałam tego na sucho, to bardzo skąpą ilość.
Maska jak to maska, pięknie oblepia włosy, ułatwia rozczesywanie i zmniejsza plątanie się kudełków. Nadmienię jeszcze, że spodziewałam się intensywnego zapachu mango, ale jest mało rozpoznawalny, trochę szkoda, ale nie to jest najważniejsze.
5. Nou Secret Blanc.
Z perfumami jest zawsze tak, że to jest jednak ryzyko wrzucać je do takich pudełek, bo to każdy ma inne potrzeby i swoje ulubione zapachy. Ta pozycja jest kwiatowo - owocowa. Zdecydowanie nie w moim guście. Oczywiście fajnie, bo to lekki i letni zapach, ale ja takich nie lubię. Dla mnie jest zbyt cytrusowy, poza tym ulatnia się w ekspresowym tempie. Co dla mnie akurat było na korzyść, ale raczej nie tak powinno to wyglądać. Jako fanka Muglera wolę bardziej intensywne zapachy i nieco enigmatyczne.
6. Bandi - krem z kwasem migdałowym. 
Krem ma za zadanie złuszczać i nawilżać jednocześnie. Lubię kwasy, dobrze wpływają na moją mieszaną cerę, zazwyczaj. Tutaj nie wpłynęły. Nie zauważyłam żadnych efektów stosując ten krem, ani złuszczenia, ani nawilżenia, nic. Zawiodłam się, bo był to mój czarny koń pudełka. Od razu pokładałam największe nadzieję właśnie na efektach Bandi! Zawiodłam się bardzo. Stan mojej cery ostatnio paskudnie się pogorszył, pomyślałam, że dam mu jeszcze jedną szansę i może mnie zaskoczy. A gdzie tam, żadnej poprawy. Oczywiście tutaj stosując ten krem warto pamiętać o filtrach, mnie się jednak zdarzało zapominać, ale mimo mocnego słońca nie pokryłam się plamami, więc może jednak stężenie tego kwasu jest ciut za małe.
7/8. Ziaja antyoksydacja jagody acai. 
Krem w granatowym pudełeczku ma zastosowaną technologię "tech-neck". Brzmi dziwie, a chodzi o to, że redukuje zmarszczki na szyi powstałe w wyniku pochylania głowy nad mobilnymi urządzeniami. WTF? Serio pytam kto to wymyślił? Mniejsza. Nie posiadam zmarszczek na szyi. Dla mnie krem nie miał w takim razie pola do popisu. Stosowany na twarz też wrażenia na mnie nie zrobił. Pod makijaż dla cer tłustych się nie nadaje. Ryjek mocno się świeci z pudrem czy bez. Kiepsko.
Z kremem w białym kartoniku jest podobnie, tylko że to bardziej serum, niż krem, więc ma być bardziej skoncentrowany. Ta sama technologia zawarta w mazi. Dla osób w przed 30stką raczej słabo z tymi zmarszczkami na szyi. Owszem, lepiej zapobiegać niż leczyć, ale czy serio wierzymy w to, że krem zatrzyma czas? Co najwyżej subtelnie uelastyczni skórę, ale u mnie nie ma co uelastyczniać. Plus, że konsystencja jest kremowo-żelowa, wchłania się lepiej i tu pod makijaż nada się bardziej. Spektakularnych efektów nie ma się spodziewać z całym szacunkiem dla Ziaji, ponieważ ogólnie lubię.
10. Bell, Secret Garden.
Normalnie w pudełkach było 6 lakierów, ale jeden w czasie transportu się rozpiździł i swym pomarańczowym kolorem uświnił wszystko w pobliżu. Na szczęście aceton zrobił swoje. Kolory podobają mi się bardzo, jestem zachwycona tymi drobinkami, które tak pięknie połyskują wewnątrz buteleczki. Zazwyczaj paznokcie maluje rzadko, bądź wcale. Nie sprawia mi to przyjemności, nie znam się na tym i za długo to trwa, ale serio te kolory są piękne, więc wyhodowałam ładną długość paznokcia i pomalowałam na różowo swą płytkę. Po 10 minutach uznałam, że 1 warstwa powinna wyschnąć i postanowiłam nałożyć drugą. Nie wyschła. Po 10 minutach pierwsza warstwa lakiery nie zastygła wcale! Myślę sobie "a pierdole to" i zmyłam do reszty zostawiając te pieprzone drobinki na całych palcach bo nie chciały zejść. To była moja pierwsza i ostatnia próba z tymi lakierami.

Ogólnie rzecz ujmując pudełko samo w sobie nie jest złe, pewnie są osoby, dla których kosmetyki były idealnie trafione. Ja czuje się nieco rozczarowana i zawiedziona. Szczególnie przez te Bandi, na które tak liczyłam, lakiery, które schną w nieskończoność i kremy z dziwną technologią na smartfony czy co tam. Jednak balsam do włosów, odżywka, które dobrze działa i maseczka jakoś mi tam rekompensują ten zawód. Na pewno znajdę kogoś, z kim podzielę się perfumami i kremami, nie będzie to w takim razie duża strata.


czwartek, 15 czerwca 2017

Makijaż na dziś - Orange vs violet | Farbowanie w domu. Czekolada idealnym kolorem na odrosty, Naturia Organic.

13:32 30 Komentarze
Orange jest dla mnie nieco konkurencyjny i mówię tu jako konsultant Play, jednak malując się, żeby nie było, wcale nie miałam na myśli tych dwóch sieci. Nazwa powstała już po i no cóż, tutaj te dwa kolory świetnie się łączą. Poznałam też magię Duraline, jestem zachwycona, że mogę sobie zrobić z każdego cienia eyeliner, który na dodatek staje się wodoodporny. Mój wysychający już Maybelline Drama Studio też dostaje drugie życie, jak cudownie go mieć!

 Brwi: pomada Freedom Make up Medium Brown, korektor Catrice Camouflage 010
Oczy: baza Too Faced Shadow Insurance, cienie Artdeco 30.514, 30.544, paleta Sleek Snapshots, paleta Too Faced Semi Sweet Chocolate Bar, cień Makeup Geek Houdini zmieszany z Inglot Duraline, Phantom, paleta Mary Kay by Patricia Bonaldi, eyeliner Maybelline Lasting Drama, tusz L'Oreal False Lash Wings, rzęsy Ardell Demi Wiespies
Twarz: podkład Maybelline Fit Me! + Matte Poreless 105, puder Miss Sporty Insta Glow, bronzer Melkior Professional Honey, rozświetlacz Makeup Revolution Vivid Baked Highlighter Golden Lights, mgiełka NYX Matte Finish
Usta: błyszczyk Miss Sporty Precious 3D Shine 210

__________

Od jakiegoś czasu przyciemniam odrosty, może nie tyle blond mi się znudził, bo nadal mi się bardzo podoba, ale utrzymanie blondu w dobrym kolorze na odrostach to problem, duży problem. Już nie mówiąc, jak w dupe idzie kondycja włosa przy ciągłym rozjaśnianiu. Nawet fioletowe szampony nie dawały takiego efektu, jakbym chciała i robiła się zbyt duża różnica między górą, a dołem. 
Pierwszą farbę jaką nałożyłam to był Casting z L'Oreala, w sumie nie wiem czemu znowu dałam się zrobić w chuja pięknymi kolorami, skoro wiem, że u mnie wypłukują się ekspresowo. Mimo to, kupiłam ją oczami. Jakiś niezbyt ciemny odcień, ale wybaczcie, nie pamiętam, jak się nazywał. Niewiele przyciemnił mi odrost, więc tydzień później znów zaczarowana kolorem na opakowaniu wzięłam Mroźną Truflę. Piękny kolor, nie powiem, ale dwa tygodnie i płowieje na tyle, że nie jestem w stanie na siebie patrzeć. Okej, myślę sobie, szkoda kasy, wezmę coś tańszego. Wzięłam jakiś ciemny kasztan z Garniera, tuż po farbowaniu super, ale znów przy wypłukiwaniu się koloru zostawiał nieco rdzawy poblask, czego nie lubię. Poza tym miałam już niezłe naturalne odrosty i postanowiłam kupić coś totalnie za grosze. Wzięłam Joannę, Naturia Organic w kolorze czekolady. Nie dość, że kosztowała mnie 7 zł, to nie zawierała wszelkiego syfu typu amoniak. Odczułam to, bo niestety zawsze towarzyszą mi strupki tuż nad karkiem i przy farbowaniu piekielnie to paliło i szczypało, tutaj nic, kompletnie nie odczuwałam dyskomfortu. Kolor wyszedł ciemny i chłodny, taki, jakiego oczekiwałam. Jest nieco gęsta przez to może się wydawać niezbyt wydajna, ale umówmy się, za 7 zł nie szkoda kupić nawet dwóch, czy trzech, jeśli zajdzie taka potrzeba. Zobaczymy jeszcze jak będzie się kolor spierał, jeśli wytrzyma dłużej niż dwa tygodnie, to lecę zrobić zapas na rok. 

Dlaczego nie chodzę do fryzjera?
Może to nie kwestia tego, że szkoda mi pieniędzy, ale patrząc na ceny, które gdzieś tu u mnie panują,  i nie przekładają się na jakość, wolę zrobić to sama w domu. Jeśli coś nie wyjdzie, będę miała pretensje tylko do siebie. U fryzjera niestety zazwyczaj dostaje się coś innego, niż się oczekuje, a całe to poklepywanie po ramieniu i gadki, że "kolor się jeszcze zmieni", "tak Pani ładniej, niż jakbyśmy zrobiły to inaczej", to jakaś żenada. Poza tym która z Was tak z ręką na sercu powiedziała, że coś się Wam nie podoba? Większość z nas przytakuje i dopiero w domu klnie pod nosem. A nie sądzę też, że gdyby doszło do takiej sytuacji osoba wykonująca zabieg zwróciłaby nam część pieniędzy, albo w jakikolwiek sposób przyznała się, że coś spierdoliła. Idę, życzę sobie to i to, jeśli nie jesteś fryzjerko w stanie tego zrobić na moich włosach bo: nie masz tylu umiejętności i wiedzy, farb i kosmetyków, które temu sprostają, albo na moich włosach będzie to źle wyglądało - powiedź. Oczekuję, że ktoś mi coś doradzi i sprosta jednocześnie moim oczekiwaniom. Jeśli nie, znajdę inne miejsce. Jeszcze nie trafiłam na salon, z którego byłabym na maksa zadowolona. Wierzę, że jeszcze takowy znajdę, może w innym mieście, bo niestety nie wszystko jestem w stanie zrobić w domu. A już na pewno nie obcięłabym sama swoich włosów ;) 

niedziela, 11 czerwca 2017

Makijaż na dziś - Indian oraz "Niespokojni zmarli", piąta część przygód z Davidem Hunterem

14:30 23 Komentarze
Miało być coraz mniej makijaży, a wpadłam ostatnio w jakąś wenę i znowu zaczynam coś tam tworzyć. To chyba ten moment, kiedy zastanawiam się co zrobić ze swoim życiem i przetwarzam różne opcje, w tym powrót do malowania, ale cii, wszystko jest w fazie próby. Mam wrażenie, że aparat tak zjada i przekłamuje kolory, że na zdjęciach wygląda to zupełnie inaczej jak na żywo, choć może być to też wina duochromów, które są trudne w uchwyceniu ich piękna. Mniejsza, cieszę się tym, że obecnie sprawia mi to przyjemność.

 Brwi: pomada Freedom Make up Medium Brown, korektor Catrice Camouflage 010
Oczy: baza Too Faced Shadow Insurance, cienie Makeup Geek Ritzy, Mai Tai, Corrupt, cienie Melkior Professional Desert Sand, Vintage Rose, City Smog, cień Inglot AMC 22, Inglot Duraline, eyeliner Maybelline Lasting Drama, tusz L'Oreal False Lash Wings, rzęsy Red Cherry #217
Twarz: krem BB Super + Skin79 zmieszany z podkładem Catrice HD Liquid Coverage, puder ryżowy Paese, bronzer TheBalm Bahama Mama, rozświetlacz Mary Kay Juicy Guava, mgiełka NYX Matte Finish, piegi zrobiłam sprayem L'Oreal Magic Retouch
Usta: konturówka Golden Rose Classics #322

Tak patrze na te swoje kłaki i powiem Wam, że trochę zatęskniłam za długimi włosami, więc wracam do zapuszczania :D W sumie, to jestem na dobrej drodze, ostatni raz włosy przycinałam w lutym, do ramion, a teraz już są o wiele dłuższe i cięższe, ale to jest zawsze problem, że są takie gęste fest. 
Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale Simon Beckett wrócił ze swoim Devidem Hunterem! To była niezła niespodzianka, jak zobaczyłam piątą część przygód tego antropologa sądowego w Empiku, od razu musiałam ją mieć, więc zamówiłam sobie na stronie Empika, bo wychodzi jakieś 7zł taniej, więc po co przepłacać ;) Serio polubiłam wersje papierowe, więc muszę mieć ich więcej. Sama książka momentami mrozi krem w żyłach i trzyma w napięciu do samego końca, zaskakując zakończeniem. POLECAM. 

środa, 7 czerwca 2017

Makijaż na dziś - Bitch please! oraz "Wołanie kukułki" autorki Harrego Pottera, bo o książce być musi

13:09 20 Komentarze
Dobra, nie wiem dlaczego akurat taka nazwa, może przez moją minę na zdjęciach, może przez to, że wyglądam trochę na wyniosłą i wiecznie niezadowoloną (takie chodzą słuchy), ale podoba mi się jego wydźwięk. A że już dawno nie było żadnego maziania, nazwać sobie mogę ten makijaż jak mi zachce. Poza tym musiałam przetestować kilka nowości z Inglota, krem BB ze Skin79 i mgiełkę z NYX. Cień z Inglota niewiarygodnie trudno uchwycić, mój aparat w ogóle jakoś ostatnio przekłamuje kolory, albo ja przestałam umieć go obsługiwać. Coś tam jednak widać na zdjęciach całej twarzy, to, jaki jest piękny i enigmatyczny.
 Brwi: pomada Freedom Make up Medium Brown, korektor Catrice Camouflage 010
Oczy: baza Duraline Inglot, cienie Makeup Geek Bada Bing, Barcelona Beach, Corrupt, cień Inglot AMC 86, rozświetlacz Makeup Revolution Vivid Baked Highlighter, rzęsy Ardell Demi Wispies Black
Twarz: krem BB Super + Skin79 zmieszany z podkładem Catrice HD Liquid Coverage, puder ryżowy Paese, bronzer TheBalm Bahama Mama, rozświetlacz Mary Kay Juicy Guava, mgiełka NYX Matte Finish, piegi zrobiłam sprayem L'Oreal Magic Retouch
Usta: Dose of Colors Stone
Pierwsze użycie tego kremu BB to było "jezu, co za gówno" zaro krycia, miał dawać matowe wykończenie, a był jeden wielki błysk. Zaczęłam więc mieszać go z niewielką ilością podkładu, żeby wzmocnić krycie i taa daam, po przypudrowaniu gęba wygląda jak muśnięta photoshopem, rly. Nawet zauważyłam, że w ciągu dnia nie świecę się tak, jak po standardowym matującym podkładzie, co wprawiło mnie w niezłe osłupienie. Zazwyczaj używanie u mnie BB kończy się masakrą (czyt. moja twarz świeci się jak wysmarowana olejem). A tu piękny efekt wygładzenia i rozjaśnienia twarzy i dodatkowo mat, jestem pod wrażeniem.
Snapchat mną zawładnął, normalnie bym nie wrzuciła takiego zdjęcia, ba, nawet nie macie pojęcia jak broniłam się przed zainstalowaniem tej apki, a co dopiero korzystaniem z niej. Snap był owiany złą sławą i mnie nadal kojarzył się z jednym...Zostałam porządnie namówiona do korzystania z niej i teraz przynajmniej z filtrami zawsze wyglądam znośnie, a nawet ładnie xD Także pozdro.

Teraz słów kilka o książce, którą miałam przyjemność czytać jakiś czas temu. "Wołanie Kukułki" J.K. Rowling pod pseudonimem Roberta Galbraith, zaintrygowana dobrymi recenzjami na lubimyczytac.pl przeczytałam, bo czemu nie, przecież Harry Potter to fenomen. Nie porwało mnie przyznam, trochę się nudziłam momentami, nie trzymała mnie ta książka w napięciu wcale, ale zakończenia są zazwyczaj ciekawe. Owszem, takie też było, ale domyślałam się chwilami kto może stać za "tym" wszystkim, mimo tego, że autorka wiele nie zdradzała, ale wybór też był ograniczony. Mam mieszane uczucia, bo są jeszcze dwa kolejne tomy i pewnie po nie sięgnę, dam jeszcze szanse Rowling w tym kryminalnym klimacie. Nie będę się rozwodzić, sami zdecydujecie czy Was książka porywa czy nie, bo w końcu książki się czyta i nie mówi się o nich zbyt wiele ;)


niedziela, 28 maja 2017

Po co czytać książki? Dlaczego Skandynawowie to mistrzowie kryminału? + Trochę kosmetycznie - najlepsza pomadka bordo, którą noszę dzień w dzień.

11:32 18 Komentarze
Jedni z Was pomyślą, że przecież czytanie książek, to rzecz naturalna, a drudzy, że po co, skoro są świetne filmy i w sumie na co komu to całe czytanie. A przecież są tysiące osób, które nie czytają w ogóle, a felieton w "Życiu na gorąco" się nie liczy. Serio. Pewnie wynika to z wielu czynników i nie będę się zagłębiać dlaczego ktoś może nie chcieć czytać, ale powiem jedno, że jeszcze 4 lata temu byłam właśnie w tej grupie nieczytających i osobiście wtedy uważałam, że książka, to nic ciekawego. Żal. I chyba nie muszę mówić, że przecież książki pobudzają wyobraźnię, powiększają nam zasób słów, lepiej się wypowiadamy i po prostu stajemy się mądrzejsi.
Po pierwszą książkę sięgnęłam mając 18 lat i było to dzień przed ustną maturą z polskiego. Nie wiem już co mi się wtedy stało, że zamiast powtarzać materiał do mojego tematu brzmiącego "Od herosa do pantoflarza. Mężczyźni w literaturze" postanowiłam przeczytać "Igrzyska śmierci". Pierwszą cześć tej trylogii przeczytałam w jeden dzień, byłam taka natchniona. Wynikało to z tego, że wcześniej podjarałam się filmem i postanowiłam porównać książkę z tym, co ktoś chciał pokazać na ekranie. Wtedy byłam zachwycona i filmem i książką, teraz raczej nie sięgam po sci-fun, bo zachłysnęłam się kryminałem. Także moją następną trylogią po obejrzeniu "Dziewczyny z tatuażem" (świetny film - POLECAM), było "Millenium" Stiega Larssona, któremu już niestety się umarło, ale był szwedem i do tego jeszcze wrócę. I to był taki zapalnik, do czytania kolejnych książek mrożących krew w żyłach. Jedna z lepszych lektur, jakie kiedykolwiek miałam przyjemność czytać, coś wspaniałego.

Z tego co pamiętam, później zdecydowałam się chyba na serię z Myronem Boiltarem, amerykańskiego autora Harlana Cobena. Seria ma jakieś 10 tomów, przynajmniej tyle miała, kiedy zaczynałam ją czytać. Bardzo zżywałam się wtedy z bohaterami książki, dlatego jeszcze nie zdarzyło mi się, żebym zaczęła czytać jakąś serię od środka, tylko zawsze od początku, do końca.
Następnie wydaje mi się, że zaczęłam czytać "Chemię śmierci" Simona Becketta. To również cykl, z Davidem Hunterem, który jest antropologiem sądowym. Książki zawierają mnóstwo opisów tego, jak rozkłada się ciało w różnych warunkach, więc odradzam czytanie osobom wrażliwym. Dla mnie było to coś mega interesującego i nie potrafiłam się oderwać od czytania.
Kolejnym trafem była Tess Gerritsen i seria z Rizolli/Isles. Tess z zawodu jest lekarzem, więc ma wiele cudownych medycznych kryminałów, jeśli takie lubicie, to polecam z całego serca.
Ogromny przełom przeżyłam, kiedy w moje ręce trafił "Człowiek nietoperz" Jo Nesbo, wprawdzie pierwsza część cyklu z Harrym Hole jest chyba najgorsza, chociaż zaczęłam ją czytać z powodu wysokich ocen na lubimyczytac.pl, mimo to od razu zakochałam się w Harrym i przeczytałam kolejne wydania. Dla mnie Nesbo to mistrz! Nie dziwie się, że Norwegowie tak go wielbią, bo spłodził im się świetny pisarz. Przeczytałam jego wszystkie dzieła, które wypuścił. Ma styl pisania, który uwielbiam, przerażające i brutalne opisy, no kocham tego człowieka. Potrafiłam płakać czytając jego książki, a kiedy przeczytałam ostatnią część z Harrym, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić i wtedy miałam chwile przerwy od czytania, bo musiałam to wszystko przetrawić. Zachwyt ponad wszystko.
W międzyczasie pojawiła się Camilla Lackberg ze swoją Sagą o Fjallbace i tak się stało, że pokochałam Skandynawie za ich książki, także na pewno zwiedzę sobie kiedyś te kraje, zaintrygowana książkami. Nie wiem co z tymi skandynawami, może im trochę zimno, może im się trochę nudzi, ale fakt jest taki, że wypuszczają niesamowicie ciekawe książki, po które zawsze będę chętnie sięgać. A mam jeszcze kilku do zaliczenia.

Oczywiście w międzyczasie był też kultowy Sherlock Holmes, klasyk i tutaj zbyt wiele mówić nie trzeba. Oraz wielu innych zagranicznych autorów, przez których trochę zamknęłam się na polskich pisarzy. Uważałam niemądrze, że Ci zagraniczni są lepsi i że nie mam czego szukać w polskich wydaniach. Wstydzę się teraz takiego myślenia, jednak coś sprawiło, że zdecydowałam się na coś polskiego i tak poznałam Remigiusza Mroza, Zygmunta Miłoszewskiego i stwierdziłam, że Polacy też potrafią pisać i wychodzi im to świetnie. Tak więc jak do tej pory wszystkie książki czytałam w formacie PDF, bo tak lubię i tak mi najwygodniej i serio nienawidziłam do tej pory "standardowych" książek, bo to ciężkie, bo to w ciemności nie można czytać, tak po skończonej ostatniej książce z Chyłką wyszła nowa, przedpremierowo już zamówiłam kolejną, papierową, bo nie mogłam się doczekać dalszych losów boheterów, których tak bardzo przeżywam.
Przez ogrom przeczytanych książek nigdy nie chciałam sięgnąć po Kinga. Przecież King to rzeczywiście prawdziwy król pisarzy. W końcu pomyślałam, no dobra, sprawdźmy w tkwi ten fenomen. Tak więc zaczęłam od "Lśnienia" i szczerze, nie porwało mnie to, nie czułam tego. Filmu to już kompletnie nie byłam w stanie obejrzeć. Dałam drugą szanse i przeczytałam "Cmętarz zwieżąt". Miał być to horror, więc tak też się nastawiłam, ale była to bardziej coś psychologicznego. Wkurwiało mnie to, że sam autor wielokrotnie pisał sam o tym, co się w książce zaraz wydarzy, jakby sam nie mógł się tego doczekać. Nie trafiła do mnie za bardzo ta książka, być może nastawiłam się na coś innego,a dostałam coś odmiennego. Może nie rozumiem fenomenu Kinga, może nie trafiłam na odpowiednią książkę dla siebie - nie wiem. Chciałabym przeczytać jeszcze jedną książę i utwierdzić się w którymś przekonaniu.
Poza tym miałam to samo z "Dziewczyną z pociągu", przecież to bestseller, dzieło, szał i szum wokół książki jaki został wywołany sprawił, że i ja ją przeczytałam. Dla mnie totalna klapa. Rachel autentycznie mnie wkurwiała, cała książka jakoś się nieznośnie ciągnęła, a zakończenie mimo, że dość interesujące, było krótkie i czułam niedosyt. Obejrzałam film, bo podobno był lepszy i czułam to samo. Dlatego nie wiem, czy przeczytam kolejną wypuszczoną książkę autorki.

A teraz, żeby nie było tak tylko o książkach, do których będę jeszcze wracać, przedstawię Wam cudo, które używam non stop od kilku tygodni. Bordo, odcienie głębokiej, ciemnej czerwieni, sprawiają, że czuję się lepiej, pewniej. A, że nie maluję teraz oczy praktycznie w ogóle, czymś musiałam to zastąpić i maluje sobie teraz usta.
Sprawczynią tego pięknego kolory jest Huda Beauty odcień Famous!


To teraz pytanie do Was, co obecnie czytacie i co polecacie? :) 

niedziela, 21 maja 2017

Dwa lata od makijażu permanentnego brwi metodą piórkową. Moja obecna pielęgnacja brwi i update makijażowy.

19:26 23 Komentarze
Dwa lata temu wrzucałam obszerny post o tym, jak, gdzie i za ile zrobiłam sobie brwi metodą piórkową. Post miał tysiące wejść, do tej pory pojawiają się pod nim komentarze dotyczące tego zabiegu i poczuwam się wręcz do obowiązku zaktualizowania informacji na ten temat, tym bardziej, że metody tego makijażu wciąż się zmieniają i jest coraz większy popyt na tego typu zabiegi. Link do poprzedniego wpisu znajduje się tutaj.
Kilka miesięcy po tym jak zafundowałam sobie nowe brwi, stwierdziłam, że nie są one wymarzone, ani takie, jakie oczekiwałam, więc wstępnie umówiłam się w tym samym salonie na poprawkę. W zasadzie była to swoista reklamacja, która została przyjęta. Nowy zabieg miał być wykonany inną metodą zwaną Fluffy Brow, dające efekt jak nazwa wskazuje puszystych brwi. Po długich namysłach, zwątpieniach i analizie przyznałam sama sobie, że to może nie ma sensu, że może ten zabieg nie jest dla mnie i pigment ponownie wchłonie się szybciej, niż powinien. W końcu i tak maluje brwi i tak, może po prostu czas znaleźć dobrą metodę na ich malowanie, a nie ingerencję ze strony linergistki. Ostatecznie dogadałam się z Panią Alicją (pozdrawiam przy okazji!), że resztę pigmentu usunie mi laserem, a pieniądze, które wydałam na zabieg zostaną mi zwrócone. I tak też właśnie zrobiłyśmy.
Na załączonym obrazku brwi dzień po zabiegu laserem, pigment był praktycznie niewidoczny. Teraz nie ma po nim śladu. Same usuwanie pigmentu leserem nie trwało długo, nie bolało też szczególnie i momentami tylko śmierdziało spalonym kurczakiem. Jednak bez obawy, włoski zostały na miejscu. Liche, jak zawsze, ale są.
Po całym tym ambarasie nie było metody malowania brwi, jakiej bym nie znała. Z resztą to temat, który wałkuję od początku istnienia mojego bloga i mam już swoje wzloty i upadki. Tak dla przypomnienia może wrzucę jakieś kompromitujące zdjęcie, ku przestrodze. Możecie śmieszkować, bo wyglądały karyńsko, choć to słowo nie było wtedy modne.
Kurwa, sama jestem pod wrażeniem ,że wyszło to spod mojej ręki. Jednak pewne rzeczy zauważa się po czasie, choćby to jak brwi potrafią zaburzyć proporcje. Koszmar. Były momenty, kiedy obcy ludzie pytali się, czy robię brwi od linijki. Że mi to nie dało wtedy do myślenia. Może przyda się komuś teraz, bo osobiście jak widzę blondynę, tlenioną, z czornymi brwiami jak wyngiel, to czuje się zażenowana. I też śmieszkuje.
Czy włoski przez te lata super mi odrosły? One też mają swoje fazy. Raz mam okres, gdzie są piękne i gęste, raz posypią mi się na tyle mocno, że mam luki, jakby mi ktoś w nocy wygolił kilka miejsc. Także chyba nie ma sensu pokazywać zdjęć, bo co tydzień są inne, choć cięgle walczę o ich wzrost "na stałe" Tak, apropo golenia, zrobiłam to kiedyś. Czuję wstyd, ale zgoliłam sobie brwi! Jak do chuja można zrobić coś takiego? Nie wiem. Młoda byłam. To wcale nie pomaga w rośnięciu, a wygląda paskudnie. Tak gdyby ktoś mógł pomyśleć, że to był powód.

Przy okazji pielęgnacji i wzrostu rzęs używam sobie Revitalising & Conditioning Sereum od Inveo (link do produktu tutaj) również na brwi. Działa w szczególności na rzęsy, chociaż jest o mniej więcej 3/4 tańszy od Revitalash i o równie tyle lepszy niż Long4Lashes, ale z brwiami też sobie radzi. Miałam zrobić osobną recenzję, ale nie mogę się za to zabrać, więc jakby co, to polecam już w tym momencie.
Obecnie maluję brwi mniej więcej tak, jak na załączonych zdjęciach. Różnica według mnie ogromna i to na korzyść. Teraz używam do malowania wyłącznie pomady z Freedom Makeup (link znajdziecie tutaj). Zmieniłam teraz tylko odcień na ciemniejszy z powodu przyciemnienia odrostów na Medium Brown, a do tej pory używałam Blonde, przez to konsystencja jakoś mniej mi się podoba i trochę trudniej się nakłada, no ale już nie będę marudzić. Trochę jeszcze dopracuje nakładanie go. Używam zazwyczaj do tego skośnego pędzelka z Zoevy albo tego z Real Techniques, a wszystkie niedoskonałości maskuje nieśmiertelnym już korektorem z Catrice, czyli Liquid Camouflage, dzięki czemu ten kształt jest ostrzejszy i wyraźniejszy.
Jeśli macie problem z malowaniem brwi, popróbujcie z różnymi kosmetykami przeznaczonymi właśnie do brwi, bo czasem nie tyle metoda nakładania, co produkt jest nieodpowiedni.
I tak sobie czasem marzę na powrót o permanentnym, bo nadal obserwuje kilka salonów, gdzie zachwycam się efektami i nowościami w wykonywaniu takiego makijażu. Także nie wyrzekam się, że już nigdy nie pomogę urodzie w ten sposób i jeśli pójdę tą drogą, to pochwalę się z Wami efektami!

A na koniec pytanie do Was. Jesteście posiadaczkami makijażu permanentnego, marzycie o nim? Dajcie znać o swoich przemyśleniach ;) 

Follow Us @wdowapostalinie