sobota, 20 maja 2017

Co u mnie? Dlaczego się nie odzywam? Co mnie tak pochłania? Pogadanka, dużo zdjęć, nowe tatuaże, nowe kolczyki i odpowiedzi na wszelkie pytania.

Ostatni post pojawił się w styczniu, dawno temu, nawet nie spodziewałam się, że minęło aż tyle czasu. Dlaczego już nie bywam na blogach Waszych ani swoim? Wynika to z wielu czynników, ale w dużym skrócie - prawdziwe życie. Dopóki się uczyłam, albo byłam nierobem na bezrobociu, miałam mnóstwo czasu, więc oddawałam się makijażom, robieniem zdjęć i pisaniem. Teraz mi tego czasu na to brak, trochę wynika też to z lenistwa, braku weny, straciłam zapał. Niestety, ale czas się do tego przyznać. Nie cieszy mnie malowanie już tak jak kiedyś. Wstaje po siódmej, ogarniam pape jak co rano, żeby względnie wyglądać w pracy z klientem i po prostu nie chce mi się wymyślać cholera wie jakiego makijażu, więc po jakimś czasie nudzi mnie to i wpadam w rutynę, robię ten sam makijaż i brak mi już tej finezji. Wracam do domu o dwudziestej i marzę tylko o tym, żeby zmyć tę szpachlę z całego dnia. Chcę zjeść, umyć się i leniuchować jeszcze przez godzinę siedząc z moją Zochą (dla przypomnienia to mój królik), bądź dwie zanim pójdę spać, żeby znowu rozpocząć dzień od godziny siódmej. A kiedy już nadchodzi weekend, spędzam go z rodziną, znajomymi, przy dobrej książce albo filmie. I tęsknie czasem za tym ciapaniem się, prowadzeniem bloga i czytaniem blogów, które lubię, bo nie mówię, że nie sprawia mi to już przyjemności, ale to już nie jest to, co wcześniej. 
I tak pomyślałam sobie, że chce być tu jeszcze czasem, nieregularnie dość, może nawet nie do końca kosmetycznie jak zawsze, ale chce coś pisać. Trochę lifestylowo, trochę o książkach i o tym co mi do głowy przyjdzie. 
Zośka to już dorosła królica, jednak charakterek został ten sam. Zrobiła się za to większym pieszczochem i potrafi być naprawdę kochana. A ja jako matka Teresa zwierzęca znoszę jej fochy, sierść i to że zostawia w niektórych miejscach bobki, bo to w końcu królik i może mu się zdarzyć. Przegryzione ładowarki też znoszę. Królikowi rosną ząbki całe życie, gdzieś je ścierać musi, więc nie interesuję ją czy to ładowarka Pańci czy kawałek drewienka, Zocha ma to w dupie. Gdyby była szansa, pewnie przygarnęłabym wszystkie przybłędy świata, bo w zasadzie, to wolę zwierzęta od ludzi. 

Odnośnie jeszcze załączonego obrazka dodam, że doszedł mi nowy członek zwierzęcej rodziny, rysunkowy, ale jest. Jeleń zdobi mi teraz całe ramie, ale na tym pewnie jeszcze nie koniec. Mam już sowę, wilka, czaszkę, no okej, czaszka może nie jest zwierzątkiem, ale chciałam ją mieć odkąd skończyłam 6 lat, więc mam! Chcę dokończyć rękaw i w zasadzie niewiele mi zostało, ale chcę dobrze przemyśleć co i gdzie ma być. Jeśli ktoś z Was myśli nad wydziaraniem się i jest z okolic Szczecina, polecam studio Veronique Tattoo, wszystko wyszło spod jej igły, więc mogę z czystym sercem polecić. Ceny też nie są z kosmosu jak w przypadku niektórych salonów, a jakość na piątkę z plusem. Czy tatuaż boli? Owszem, ale wszystko zależy od miejsca i własnych predyspozycji. Przedramię od wewnętrznej strony było samą przyjemnością dla mnie, autentycznie igła zagłębiająca się w moje ciało sprawiała mi frajdę. Jest coś w tym, że tatuowanie i ból który temu towarzyszy uzależnia i ja się pod tym podpisuje. Nie ma w tym nic szalonego. Z sową w okolicach nadgarstka i łokcia było gorzej, ale do wytrzymania. Z jeleniem i częściami koło pachy i górnej części ramienia, cóż - bolało w chuj. Mimo to szybko się zapomina i ponownie ciągnie do tego, żeby zrobić sobie coś nowego. Tak to wygląda w pełnej krasie:
Fejm. Nigdy nie miałam tyle lajków. 
Blondynką też już nie jestem, bynajmniej nie taką prawdziwą (choć mentalnie jak najbardziej, hehe, taki suchar), przyciemniłam sobie górę, podobno nazywa się to teraz sombre. Standardowo cały zabieg odbył się w domowych warunkach przez moją mamę fryzjerkę - amatorkę, która za każdym razem powtarza, że nic mi już na tych kudłach robić nie będzie. Mimo to wychodzi zawsze względnie dobrze, na tyle, że nie muszę chodzić z torbą na głowie. Włosy sobie rosną, jest ich coraz więcej, bo troszkę zatęskniłam za dłuższymi i postanowiłam je nieco zapuścić. 
Tak to mniej więcej wygląda w pełnej okazałości. Szczupła też już nie jestem jak kiedyś. W prawdzie zdjęcie sprzed kilku dni, ale ten efekt to tylko poza, tak na serio to jestem grubełem i źle się z tym czuje, więc czas przejść na dietę, które przyniesie efekty. To już piąta w tym roku, ale co poradzić, jak lubię wpieprzać, jak na loszkę przystało. A 11 maja skończyłam 22 lata, czas zrobić coś ze swoim życiem. Zaczęłam w ten sposób, że zrobiłam sobie septum, ot taki urodzinowy prezent, bo kto mi zabroni. Często do zdjęć, albo tak o nosiłam sobie fake. Znudził mi się i trochę ryzyko, że przypadkiem dostanie się tam, gdzie nie trzeba podczas różnych akrobacji czy dłubaniu w nosie. Tutaj ryzyko jest mniejsze, choć dłubanie też nie jest takie łatwe. No i wygląda klawo. Nie wiem, czy wciąż się tak mówi, ale ja mówię! Podobno używam różnych dziwnych słów i zwrotów, o czym słyszę bardzo często, ale na tym koniec dygresji. Taki oto prezent sprawiłam sobie w Body Extreme we Wrocławiu. 120zł kosztowała mnie ta "przyjemność", ale uważam, że warto było, choć sam kolczyk nie do końca "mój". Nie przepadam za złotem, mam tylko złote kolczyki w uszach z sentymentu. Wolałam jednak taką ozdobę, niż bananka, który wygląda jak gil. Fuj. Czy bolało? W chuj. Łza się uroniła, nawet dwie, ale ból chwilowy i później nie czuć nic. Wymienić kolczyk mogę dopiero za 3 miesiące i nie mogę się tego doczekać, bo wtyknę sobie piękną podkówkę, czas gojenia nawet do 9 miesięcy, więc długo. Nadal powtarzam sobie, że było warto i cieszę się tym. Pierwsze pytanie mojej mamy odnośnie kolczyka to było "Będziesz teraz chodzić na smyczy, czy na łańcuchu?" Ha, myślę, że krówka woli chodzić na łańcuchu ;) 
Ostatnie dni spędziłam we Wrocławiu. Piękne miejsce, dobry klimat. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy i czas wrócić do rzeczywistości, ale miło jest zresetować się trochę, odpocząć od ludzi, zmienić otoczenie, spędzić czas w najlepszym towarzystwie. Wrażenia i wspomnienia wspaniałe. Chcę spędzać tam jak najwięcej czasu. Po prostu wrzucę więc teraz kilka zdjęć z tych miejsc. 
Mango Mama na rynku we Wrocławiu. Załapaliśmy się na Restaurant Week. Pyszne jedzenie! Miła obsługa i ciekawe wnętrze lokalu.
Wracając jeszcze do tematu książek, który ostatnio gdzieś tam ciągle się u mnie przewija, to uzależnienie, w którym potrafię się totalnie zatracić. Będę pewnie wiele razy pytać Was o tytuły, które możecie polecić. Jak dotąd lubuję się w samych kryminałach/thrillerach, akcja zawsze jakoś jest w stanie mnie porwać prócz "Dziewczyny w pociągu", ale o tym może w odrębnym poście. I nie, nie dokończyłam trylogii Greya, nie jestem w stanie, a przyznam się, że przez pierwszą cześć jakoś przebrnęłam. Może nie była to droga przez męki, ale szału też nie było.  Właśnie skończyłam czytać Świętego Psychola, którego autorem jest Johan Theorin. Książa o Janie Haugerze, który przeprowadza się w miejsce swojej pracy, a mianowicie przedszkola, które usytuowane jest blisko kliniki psychiatrycznej. Wychowankowie tego przedszkola to dzieci umieszczonych w Świętej Patrycji. Jan jest sympatycznym nauczycielem, ale ma wiele swoich sekretów. Bardzo dobra książka, psychologiczna z zaskakującym zakończeniem. Szukam więc nowej książki, bo długo nie wytrzymam bez niczego pod ręką. Myślę, że będzie więcej wpisów dotyczących książek. Oby to nie były ponownie płonne nadzieje co do pisania. Na pewno coś od czasu do czasu naskrobię.


A tymczasem kończę ten wywód, to chyba najdłuższy post ze wszystkich, które pojawiły się na blogu, a i tak starałam się streszczać ;) 
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie czegokolwiek, to chętnie odpowiem w komentarzach! 

W międzyczasie zapraszam na mój instagram, gdzie bywam dość regularnie: WdowaPoStalinie

Pozdrawiam! 

10 komentarzy:

  1. Witam ponownie. Rozumiem cię doskonale, proza życia potrafi człowieka zmienić. Kiedyś też lubiłam eksperymentować coś zmalowac ale teraz to praca i dom i też czuje się czasami wypalona choć nadal staram się pisać co nie co. Piękny krolis, też kiedyś miałam miniaturę i ogólnie kocham zwierzaki chyba tak jak Ty bardziej od ludzi 😊
    Super dziary 😁

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. codzienność potrafi wypalić, fakt! dziękuję :)

      Usuń
  2. To samo przeżywam z moim blogiem. Praca w korpo, dom ,obowiązki i czasu na bloga zwyczajnie brak :(
    Ale masz słodkiego króliczka, ja mam chomika :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O fajnie że się odezwałaś :) Brakowało mi Twoich wpisów :D Pięknie wyglądasz jak zawsze, a tatuaże genialne zwłaszcza ten z jeleniem :) Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Doskonale Cię rozumiem. Ilość obowiązków w ciągu dnia potrafi być miażdżąca :) Czasem po całym dniu bieganiny i obowiązków, mam chęć już tylko leżec w łóżku z książką. Poza tym cały czas uważam, że nic na siłę. Bo z tego nigdy nie wyjdzie nic dobrego. Mimo wszytko jednak chylę czoła tym, które mając pracę na pełen etat i rodziny, potrafią regularnie prowadzić blogi :) Czy ich doba ma jakiś godzinowy bonus??? :):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. właśnie nad tym się też zastanawiałam pisząc ten post, skąd ten czas przy jeszcze większej ilości obowiązków ;)

      Usuń
  5. Wracaj i dalej maluj tak pięknie! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z tym malowaniem będzie ciężko :( ale postaram się od czasu do czasu w porywie nagłej weny coś wrzucić :*

      Usuń

Dziękuję bardzo za WSZYSTKIE komentarze, jest mi niezmiernie miło czytając je! :)

Follow Us @wdowapostalinie