niedziela, 28 maja 2017

Po co czytać książki? Dlaczego Skandynawowie to mistrzowie kryminału? + Trochę kosmetycznie - najlepsza pomadka bordo, którą noszę dzień w dzień.

11:32 18 Komentarze
Jedni z Was pomyślą, że przecież czytanie książek, to rzecz naturalna, a drudzy, że po co, skoro są świetne filmy i w sumie na co komu to całe czytanie. A przecież są tysiące osób, które nie czytają w ogóle, a felieton w "Życiu na gorąco" się nie liczy. Serio. Pewnie wynika to z wielu czynników i nie będę się zagłębiać dlaczego ktoś może nie chcieć czytać, ale powiem jedno, że jeszcze 4 lata temu byłam właśnie w tej grupie nieczytających i osobiście wtedy uważałam, że książka, to nic ciekawego. Żal. I chyba nie muszę mówić, że przecież książki pobudzają wyobraźnię, powiększają nam zasób słów, lepiej się wypowiadamy i po prostu stajemy się mądrzejsi.
Po pierwszą książkę sięgnęłam mając 18 lat i było to dzień przed ustną maturą z polskiego. Nie wiem już co mi się wtedy stało, że zamiast powtarzać materiał do mojego tematu brzmiącego "Od herosa do pantoflarza. Mężczyźni w literaturze" postanowiłam przeczytać "Igrzyska śmierci". Pierwszą cześć tej trylogii przeczytałam w jeden dzień, byłam taka natchniona. Wynikało to z tego, że wcześniej podjarałam się filmem i postanowiłam porównać książkę z tym, co ktoś chciał pokazać na ekranie. Wtedy byłam zachwycona i filmem i książką, teraz raczej nie sięgam po sci-fun, bo zachłysnęłam się kryminałem. Także moją następną trylogią po obejrzeniu "Dziewczyny z tatuażem" (świetny film - POLECAM), było "Millenium" Stiega Larssona, któremu już niestety się umarło, ale był szwedem i do tego jeszcze wrócę. I to był taki zapalnik, do czytania kolejnych książek mrożących krew w żyłach. Jedna z lepszych lektur, jakie kiedykolwiek miałam przyjemność czytać, coś wspaniałego.

Z tego co pamiętam, później zdecydowałam się chyba na serię z Myronem Boiltarem, amerykańskiego autora Harlana Cobena. Seria ma jakieś 10 tomów, przynajmniej tyle miała, kiedy zaczynałam ją czytać. Bardzo zżywałam się wtedy z bohaterami książki, dlatego jeszcze nie zdarzyło mi się, żebym zaczęła czytać jakąś serię od środka, tylko zawsze od początku, do końca.
Następnie wydaje mi się, że zaczęłam czytać "Chemię śmierci" Simona Becketta. To również cykl, z Davidem Hunterem, który jest antropologiem sądowym. Książki zawierają mnóstwo opisów tego, jak rozkłada się ciało w różnych warunkach, więc odradzam czytanie osobom wrażliwym. Dla mnie było to coś mega interesującego i nie potrafiłam się oderwać od czytania.
Kolejnym trafem była Tess Gerritsen i seria z Rizolli/Isles. Tess z zawodu jest lekarzem, więc ma wiele cudownych medycznych kryminałów, jeśli takie lubicie, to polecam z całego serca.
Ogromny przełom przeżyłam, kiedy w moje ręce trafił "Człowiek nietoperz" Jo Nesbo, wprawdzie pierwsza część cyklu z Harrym Hole jest chyba najgorsza, chociaż zaczęłam ją czytać z powodu wysokich ocen na lubimyczytac.pl, mimo to od razu zakochałam się w Harrym i przeczytałam kolejne wydania. Dla mnie Nesbo to mistrz! Nie dziwie się, że Norwegowie tak go wielbią, bo spłodził im się świetny pisarz. Przeczytałam jego wszystkie dzieła, które wypuścił. Ma styl pisania, który uwielbiam, przerażające i brutalne opisy, no kocham tego człowieka. Potrafiłam płakać czytając jego książki, a kiedy przeczytałam ostatnią część z Harrym, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić i wtedy miałam chwile przerwy od czytania, bo musiałam to wszystko przetrawić. Zachwyt ponad wszystko.
W międzyczasie pojawiła się Camilla Lackberg ze swoją Sagą o Fjallbace i tak się stało, że pokochałam Skandynawie za ich książki, także na pewno zwiedzę sobie kiedyś te kraje, zaintrygowana książkami. Nie wiem co z tymi skandynawami, może im trochę zimno, może im się trochę nudzi, ale fakt jest taki, że wypuszczają niesamowicie ciekawe książki, po które zawsze będę chętnie sięgać. A mam jeszcze kilku do zaliczenia.

Oczywiście w międzyczasie był też kultowy Sherlock Holmes, klasyk i tutaj zbyt wiele mówić nie trzeba. Oraz wielu innych zagranicznych autorów, przez których trochę zamknęłam się na polskich pisarzy. Uważałam niemądrze, że Ci zagraniczni są lepsi i że nie mam czego szukać w polskich wydaniach. Wstydzę się teraz takiego myślenia, jednak coś sprawiło, że zdecydowałam się na coś polskiego i tak poznałam Remigiusza Mroza, Zygmunta Miłoszewskiego i stwierdziłam, że Polacy też potrafią pisać i wychodzi im to świetnie. Tak więc jak do tej pory wszystkie książki czytałam w formacie PDF, bo tak lubię i tak mi najwygodniej i serio nienawidziłam do tej pory "standardowych" książek, bo to ciężkie, bo to w ciemności nie można czytać, tak po skończonej ostatniej książce z Chyłką wyszła nowa, przedpremierowo już zamówiłam kolejną, papierową, bo nie mogłam się doczekać dalszych losów boheterów, których tak bardzo przeżywam.
Przez ogrom przeczytanych książek nigdy nie chciałam sięgnąć po Kinga. Przecież King to rzeczywiście prawdziwy król pisarzy. W końcu pomyślałam, no dobra, sprawdźmy w tkwi ten fenomen. Tak więc zaczęłam od "Lśnienia" i szczerze, nie porwało mnie to, nie czułam tego. Filmu to już kompletnie nie byłam w stanie obejrzeć. Dałam drugą szanse i przeczytałam "Cmętarz zwieżąt". Miał być to horror, więc tak też się nastawiłam, ale była to bardziej coś psychologicznego. Wkurwiało mnie to, że sam autor wielokrotnie pisał sam o tym, co się w książce zaraz wydarzy, jakby sam nie mógł się tego doczekać. Nie trafiła do mnie za bardzo ta książka, być może nastawiłam się na coś innego,a dostałam coś odmiennego. Może nie rozumiem fenomenu Kinga, może nie trafiłam na odpowiednią książkę dla siebie - nie wiem. Chciałabym przeczytać jeszcze jedną książę i utwierdzić się w którymś przekonaniu.
Poza tym miałam to samo z "Dziewczyną z pociągu", przecież to bestseller, dzieło, szał i szum wokół książki jaki został wywołany sprawił, że i ja ją przeczytałam. Dla mnie totalna klapa. Rachel autentycznie mnie wkurwiała, cała książka jakoś się nieznośnie ciągnęła, a zakończenie mimo, że dość interesujące, było krótkie i czułam niedosyt. Obejrzałam film, bo podobno był lepszy i czułam to samo. Dlatego nie wiem, czy przeczytam kolejną wypuszczoną książkę autorki.

A teraz, żeby nie było tak tylko o książkach, do których będę jeszcze wracać, przedstawię Wam cudo, które używam non stop od kilku tygodni. Bordo, odcienie głębokiej, ciemnej czerwieni, sprawiają, że czuję się lepiej, pewniej. A, że nie maluję teraz oczy praktycznie w ogóle, czymś musiałam to zastąpić i maluje sobie teraz usta.
Sprawczynią tego pięknego kolory jest Huda Beauty odcień Famous!


To teraz pytanie do Was, co obecnie czytacie i co polecacie? :) 

niedziela, 21 maja 2017

Dwa lata od makijażu permanentnego brwi metodą piórkową. Moja obecna pielęgnacja brwi i update makijażowy.

19:26 23 Komentarze
Dwa lata temu wrzucałam obszerny post o tym, jak, gdzie i za ile zrobiłam sobie brwi metodą piórkową. Post miał tysiące wejść, do tej pory pojawiają się pod nim komentarze dotyczące tego zabiegu i poczuwam się wręcz do obowiązku zaktualizowania informacji na ten temat, tym bardziej, że metody tego makijażu wciąż się zmieniają i jest coraz większy popyt na tego typu zabiegi. Link do poprzedniego wpisu znajduje się tutaj.
Kilka miesięcy po tym jak zafundowałam sobie nowe brwi, stwierdziłam, że nie są one wymarzone, ani takie, jakie oczekiwałam, więc wstępnie umówiłam się w tym samym salonie na poprawkę. W zasadzie była to swoista reklamacja, która została przyjęta. Nowy zabieg miał być wykonany inną metodą zwaną Fluffy Brow, dające efekt jak nazwa wskazuje puszystych brwi. Po długich namysłach, zwątpieniach i analizie przyznałam sama sobie, że to może nie ma sensu, że może ten zabieg nie jest dla mnie i pigment ponownie wchłonie się szybciej, niż powinien. W końcu i tak maluje brwi i tak, może po prostu czas znaleźć dobrą metodę na ich malowanie, a nie ingerencję ze strony linergistki. Ostatecznie dogadałam się z Panią Alicją (pozdrawiam przy okazji!), że resztę pigmentu usunie mi laserem, a pieniądze, które wydałam na zabieg zostaną mi zwrócone. I tak też właśnie zrobiłyśmy.
Na załączonym obrazku brwi dzień po zabiegu laserem, pigment był praktycznie niewidoczny. Teraz nie ma po nim śladu. Same usuwanie pigmentu leserem nie trwało długo, nie bolało też szczególnie i momentami tylko śmierdziało spalonym kurczakiem. Jednak bez obawy, włoski zostały na miejscu. Liche, jak zawsze, ale są.
Po całym tym ambarasie nie było metody malowania brwi, jakiej bym nie znała. Z resztą to temat, który wałkuję od początku istnienia mojego bloga i mam już swoje wzloty i upadki. Tak dla przypomnienia może wrzucę jakieś kompromitujące zdjęcie, ku przestrodze. Możecie śmieszkować, bo wyglądały karyńsko, choć to słowo nie było wtedy modne.
Kurwa, sama jestem pod wrażeniem ,że wyszło to spod mojej ręki. Jednak pewne rzeczy zauważa się po czasie, choćby to jak brwi potrafią zaburzyć proporcje. Koszmar. Były momenty, kiedy obcy ludzie pytali się, czy robię brwi od linijki. Że mi to nie dało wtedy do myślenia. Może przyda się komuś teraz, bo osobiście jak widzę blondynę, tlenioną, z czornymi brwiami jak wyngiel, to czuje się zażenowana. I też śmieszkuje.
Czy włoski przez te lata super mi odrosły? One też mają swoje fazy. Raz mam okres, gdzie są piękne i gęste, raz posypią mi się na tyle mocno, że mam luki, jakby mi ktoś w nocy wygolił kilka miejsc. Także chyba nie ma sensu pokazywać zdjęć, bo co tydzień są inne, choć cięgle walczę o ich wzrost "na stałe" Tak, apropo golenia, zrobiłam to kiedyś. Czuję wstyd, ale zgoliłam sobie brwi! Jak do chuja można zrobić coś takiego? Nie wiem. Młoda byłam. To wcale nie pomaga w rośnięciu, a wygląda paskudnie. Tak gdyby ktoś mógł pomyśleć, że to był powód.

Przy okazji pielęgnacji i wzrostu rzęs używam sobie Revitalising & Conditioning Sereum od Inveo (link do produktu tutaj) również na brwi. Działa w szczególności na rzęsy, chociaż jest o mniej więcej 3/4 tańszy od Revitalash i o równie tyle lepszy niż Long4Lashes, ale z brwiami też sobie radzi. Miałam zrobić osobną recenzję, ale nie mogę się za to zabrać, więc jakby co, to polecam już w tym momencie.
Obecnie maluję brwi mniej więcej tak, jak na załączonych zdjęciach. Różnica według mnie ogromna i to na korzyść. Teraz używam do malowania wyłącznie pomady z Freedom Makeup (link znajdziecie tutaj). Zmieniłam teraz tylko odcień na ciemniejszy z powodu przyciemnienia odrostów na Medium Brown, a do tej pory używałam Blonde, przez to konsystencja jakoś mniej mi się podoba i trochę trudniej się nakłada, no ale już nie będę marudzić. Trochę jeszcze dopracuje nakładanie go. Używam zazwyczaj do tego skośnego pędzelka z Zoevy albo tego z Real Techniques, a wszystkie niedoskonałości maskuje nieśmiertelnym już korektorem z Catrice, czyli Liquid Camouflage, dzięki czemu ten kształt jest ostrzejszy i wyraźniejszy.
Jeśli macie problem z malowaniem brwi, popróbujcie z różnymi kosmetykami przeznaczonymi właśnie do brwi, bo czasem nie tyle metoda nakładania, co produkt jest nieodpowiedni.
I tak sobie czasem marzę na powrót o permanentnym, bo nadal obserwuje kilka salonów, gdzie zachwycam się efektami i nowościami w wykonywaniu takiego makijażu. Także nie wyrzekam się, że już nigdy nie pomogę urodzie w ten sposób i jeśli pójdę tą drogą, to pochwalę się z Wami efektami!

A na koniec pytanie do Was. Jesteście posiadaczkami makijażu permanentnego, marzycie o nim? Dajcie znać o swoich przemyśleniach ;) 

sobota, 20 maja 2017

Co u mnie? Dlaczego się nie odzywam? Co mnie tak pochłania? Pogadanka, dużo zdjęć, nowe tatuaże, nowe kolczyki i odpowiedzi na wszelkie pytania.

11:06 10 Komentarze
Ostatni post pojawił się w styczniu, dawno temu, nawet nie spodziewałam się, że minęło aż tyle czasu. Dlaczego już nie bywam na blogach Waszych ani swoim? Wynika to z wielu czynników, ale w dużym skrócie - prawdziwe życie. Dopóki się uczyłam, albo byłam nierobem na bezrobociu, miałam mnóstwo czasu, więc oddawałam się makijażom, robieniem zdjęć i pisaniem. Teraz mi tego czasu na to brak, trochę wynika też to z lenistwa, braku weny, straciłam zapał. Niestety, ale czas się do tego przyznać. Nie cieszy mnie malowanie już tak jak kiedyś. Wstaje po siódmej, ogarniam pape jak co rano, żeby względnie wyglądać w pracy z klientem i po prostu nie chce mi się wymyślać cholera wie jakiego makijażu, więc po jakimś czasie nudzi mnie to i wpadam w rutynę, robię ten sam makijaż i brak mi już tej finezji. Wracam do domu o dwudziestej i marzę tylko o tym, żeby zmyć tę szpachlę z całego dnia. Chcę zjeść, umyć się i leniuchować jeszcze przez godzinę siedząc z moją Zochą (dla przypomnienia to mój królik), bądź dwie zanim pójdę spać, żeby znowu rozpocząć dzień od godziny siódmej. A kiedy już nadchodzi weekend, spędzam go z rodziną, znajomymi, przy dobrej książce albo filmie. I tęsknie czasem za tym ciapaniem się, prowadzeniem bloga i czytaniem blogów, które lubię, bo nie mówię, że nie sprawia mi to już przyjemności, ale to już nie jest to, co wcześniej. 
I tak pomyślałam sobie, że chce być tu jeszcze czasem, nieregularnie dość, może nawet nie do końca kosmetycznie jak zawsze, ale chce coś pisać. Trochę lifestylowo, trochę o książkach i o tym co mi do głowy przyjdzie. 
Zośka to już dorosła królica, jednak charakterek został ten sam. Zrobiła się za to większym pieszczochem i potrafi być naprawdę kochana. A ja jako matka Teresa zwierzęca znoszę jej fochy, sierść i to że zostawia w niektórych miejscach bobki, bo to w końcu królik i może mu się zdarzyć. Przegryzione ładowarki też znoszę. Królikowi rosną ząbki całe życie, gdzieś je ścierać musi, więc nie interesuję ją czy to ładowarka Pańci czy kawałek drewienka, Zocha ma to w dupie. Gdyby była szansa, pewnie przygarnęłabym wszystkie przybłędy świata, bo w zasadzie, to wolę zwierzęta od ludzi. 

Odnośnie jeszcze załączonego obrazka dodam, że doszedł mi nowy członek zwierzęcej rodziny, rysunkowy, ale jest. Jeleń zdobi mi teraz całe ramie, ale na tym pewnie jeszcze nie koniec. Mam już sowę, wilka, czaszkę, no okej, czaszka może nie jest zwierzątkiem, ale chciałam ją mieć odkąd skończyłam 6 lat, więc mam! Chcę dokończyć rękaw i w zasadzie niewiele mi zostało, ale chcę dobrze przemyśleć co i gdzie ma być. Jeśli ktoś z Was myśli nad wydziaraniem się i jest z okolic Szczecina, polecam studio Veronique Tattoo, wszystko wyszło spod jej igły, więc mogę z czystym sercem polecić. Ceny też nie są z kosmosu jak w przypadku niektórych salonów, a jakość na piątkę z plusem. Czy tatuaż boli? Owszem, ale wszystko zależy od miejsca i własnych predyspozycji. Przedramię od wewnętrznej strony było samą przyjemnością dla mnie, autentycznie igła zagłębiająca się w moje ciało sprawiała mi frajdę. Jest coś w tym, że tatuowanie i ból który temu towarzyszy uzależnia i ja się pod tym podpisuje. Nie ma w tym nic szalonego. Z sową w okolicach nadgarstka i łokcia było gorzej, ale do wytrzymania. Z jeleniem i częściami koło pachy i górnej części ramienia, cóż - bolało w chuj. Mimo to szybko się zapomina i ponownie ciągnie do tego, żeby zrobić sobie coś nowego. Tak to wygląda w pełnej krasie:
Fejm. Nigdy nie miałam tyle lajków. 
Blondynką też już nie jestem, bynajmniej nie taką prawdziwą (choć mentalnie jak najbardziej, hehe, taki suchar), przyciemniłam sobie górę, podobno nazywa się to teraz sombre. Standardowo cały zabieg odbył się w domowych warunkach przez moją mamę fryzjerkę - amatorkę, która za każdym razem powtarza, że nic mi już na tych kudłach robić nie będzie. Mimo to wychodzi zawsze względnie dobrze, na tyle, że nie muszę chodzić z torbą na głowie. Włosy sobie rosną, jest ich coraz więcej, bo troszkę zatęskniłam za dłuższymi i postanowiłam je nieco zapuścić. 
Tak to mniej więcej wygląda w pełnej okazałości. Szczupła też już nie jestem jak kiedyś. W prawdzie zdjęcie sprzed kilku dni, ale ten efekt to tylko poza, tak na serio to jestem grubełem i źle się z tym czuje, więc czas przejść na dietę, które przyniesie efekty. To już piąta w tym roku, ale co poradzić, jak lubię wpieprzać, jak na loszkę przystało. A 11 maja skończyłam 22 lata, czas zrobić coś ze swoim życiem. Zaczęłam w ten sposób, że zrobiłam sobie septum, ot taki urodzinowy prezent, bo kto mi zabroni. Często do zdjęć, albo tak o nosiłam sobie fake. Znudził mi się i trochę ryzyko, że przypadkiem dostanie się tam, gdzie nie trzeba podczas różnych akrobacji czy dłubaniu w nosie. Tutaj ryzyko jest mniejsze, choć dłubanie też nie jest takie łatwe. No i wygląda klawo. Nie wiem, czy wciąż się tak mówi, ale ja mówię! Podobno używam różnych dziwnych słów i zwrotów, o czym słyszę bardzo często, ale na tym koniec dygresji. Taki oto prezent sprawiłam sobie w Body Extreme we Wrocławiu. 120zł kosztowała mnie ta "przyjemność", ale uważam, że warto było, choć sam kolczyk nie do końca "mój". Nie przepadam za złotem, mam tylko złote kolczyki w uszach z sentymentu. Wolałam jednak taką ozdobę, niż bananka, który wygląda jak gil. Fuj. Czy bolało? W chuj. Łza się uroniła, nawet dwie, ale ból chwilowy i później nie czuć nic. Wymienić kolczyk mogę dopiero za 3 miesiące i nie mogę się tego doczekać, bo wtyknę sobie piękną podkówkę, czas gojenia nawet do 9 miesięcy, więc długo. Nadal powtarzam sobie, że było warto i cieszę się tym. Pierwsze pytanie mojej mamy odnośnie kolczyka to było "Będziesz teraz chodzić na smyczy, czy na łańcuchu?" Ha, myślę, że krówka woli chodzić na łańcuchu ;) 
Ostatnie dni spędziłam we Wrocławiu. Piękne miejsce, dobry klimat. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy i czas wrócić do rzeczywistości, ale miło jest zresetować się trochę, odpocząć od ludzi, zmienić otoczenie, spędzić czas w najlepszym towarzystwie. Wrażenia i wspomnienia wspaniałe. Chcę spędzać tam jak najwięcej czasu. Po prostu wrzucę więc teraz kilka zdjęć z tych miejsc. 
Mango Mama na rynku we Wrocławiu. Załapaliśmy się na Restaurant Week. Pyszne jedzenie! Miła obsługa i ciekawe wnętrze lokalu.
Wracając jeszcze do tematu książek, który ostatnio gdzieś tam ciągle się u mnie przewija, to uzależnienie, w którym potrafię się totalnie zatracić. Będę pewnie wiele razy pytać Was o tytuły, które możecie polecić. Jak dotąd lubuję się w samych kryminałach/thrillerach, akcja zawsze jakoś jest w stanie mnie porwać prócz "Dziewczyny w pociągu", ale o tym może w odrębnym poście. I nie, nie dokończyłam trylogii Greya, nie jestem w stanie, a przyznam się, że przez pierwszą cześć jakoś przebrnęłam. Może nie była to droga przez męki, ale szału też nie było.  Właśnie skończyłam czytać Świętego Psychola, którego autorem jest Johan Theorin. Książa o Janie Haugerze, który przeprowadza się w miejsce swojej pracy, a mianowicie przedszkola, które usytuowane jest blisko kliniki psychiatrycznej. Wychowankowie tego przedszkola to dzieci umieszczonych w Świętej Patrycji. Jan jest sympatycznym nauczycielem, ale ma wiele swoich sekretów. Bardzo dobra książka, psychologiczna z zaskakującym zakończeniem. Szukam więc nowej książki, bo długo nie wytrzymam bez niczego pod ręką. Myślę, że będzie więcej wpisów dotyczących książek. Oby to nie były ponownie płonne nadzieje co do pisania. Na pewno coś od czasu do czasu naskrobię.


A tymczasem kończę ten wywód, to chyba najdłuższy post ze wszystkich, które pojawiły się na blogu, a i tak starałam się streszczać ;) 
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie czegokolwiek, to chętnie odpowiem w komentarzach! 

W międzyczasie zapraszam na mój instagram, gdzie bywam dość regularnie: WdowaPoStalinie

Pozdrawiam! 

Follow Us @wdowapostalinie