sobota, 21 października 2017

Mój Ty Rysiu, Ryszardzie! Nowy członek mej zwierzęcej rodziny

17:25 32 Komentarze
Pisząc Rysiu nie miałam na myśli żadnego mężczyzny (a szkoda!), bo jakby co, to wolna jestem i no wiecie jak się nazywam xD weźcie numerek i ustawcie się w kolejce, czekam! A zatem na myśli miałam takie małe, leśne zwierzątko co ma takie fajne frędzle na uszach. Słodziak jakich mało, a że na mym ręku goszczą same zwierzątka (prawie, bo czaszka też jest) i wyłącznie te leśne, ryś wkomponował się doskonale w miejsce.
Tak ogólnie, to jestem mistrzynią robienia głupich min do zdjęć, bo przecież ładnie wychodzę tylko wtedy, kiedy mam przed sobą lustro, albo robię sobie selfie. Wtedy sztosik. Poza tym wyglądam jak debil. Wracając do tematu, tak oto ryś wylądował na ręku, ma się już dobrze, choć jeszcze jest nieco posiniaczony i spuchnięty, goi się jak głupi, swędzi jakbym co najmniej miała jakąś zakaźną chorobę skóry. Świerzba czy coś. Na szczęście to prawidłowa reakcja. Smaruje sobie wyjątkowo jakąś maścią typowo do tatuażu, Skin 2 Skin Ink Recover. Zazwyczaj wjeżdżał jakiś Alantan, albo Bepanthen, ale te są cholernie tłuste i brudzą wszystko dookoła. Ta maść się ładnie wchłania i nie brudzi. Poza tym chłodzi, a to jest coś, czego mi było trzeba. Można też używać na zagojone już tatuaże, aby wydobyć kolor i tak dalej. Mniej więcej w cenie dużego Bephantenu, więc polecam.
Chciałam się z Wami podzielić nieco wrażeniami, bo dość dzielna ze mnie dziewczynka i raczej dobrze znoszę ból. Wilk i czaszka prawie nie bolały, wręcz było to tak przyjemne, że było mi szkoda, kiedy skończyłyśmy. Z sobą było nieco gorzej na nadgarstku, a z jeleniem kiepsko w okolicach pachy i wewnętrznej części ramienia. Za to ryś...kurewsko bolał. Zachciało mi się habazi na samym łokciu. No kurwa dramat! Z resztą widać na zdjęciu, jak krew leci prawie ciurkiem, bo nie dość, że łokieć boli najbardziej, to kolor w zasadzie też bardziej boli. Chciałam to mam, niczego nie żałuje. Kociak jest piękny. A boleć musi! Inaczej każda pizda mogłaby sobie coś takiego zrobić ;)

Zaraz po wyjściu ze studia rozebrałam się, bo gorąco było, nie ma co się pocić bez sensu, więc i wszystkie tatuaże na wierchu. Podchodzi wtem do mnie jakiś dziadzia, na oko 65+ i nieco zgorszony rzuca i tu cytuję "Kto to widział, żeby się tak szpecić. Takie tatuaże to w więzieniu robią!" Przytaknęłam, powiedziałam, że siedziałam 20 lat za morderstwo, a takie tatuaże to za paczke fajek robią. Dziadzia bąknął coś pod nosem i zawinął się na pięcie. Takich sytuacji wiele w zasadzie nie miałam, kilka razy w pracy ktoś mi powiedział coś w stylu "Nie chciałabym mieć takiej córki", albo coś podobnego, ale ja takiej matki też nie chciałabym mieć, co by mnie rozliczała z moich decyzji, a co lepsze - wyrzeka, więc w sumie nic straconego. Nigdy nie myślałam o tym w sposób, że nie dostanę pracy, bo mam tatuaż. Mam pracę, jedną i tą samą od prawie dwóch lat. Nikt nigdy mi z tego powodu nie robił problemu, wręcz przeciwnie. Wszyscy u nas w salonie mają jakiś tatuaż.

Okej, gdybym miała zatrudnić kogoś z takim tatuażem, to też bym się dwa razy zastanowiła xD Ale poza tym wydaje mi się, że ludzie już nie myślą w ten sposób. Oczywiście zdarzają się takie przypadki jak wyżej opisałam, ale dostaje też mnóstwo komplementów z teko tytułu i różnych zapytań. Nie szkoda mi ani jednej złotówki, której wydałam z tego tytułu. Ani żadnej łzy, której i tak nie uroniłam, bo przecież jestem zajebiście dzielna. Serio nie miejcie oporów, póki nie jest to znak nieskończoności! :D Wiem, że jest pewna moda, na napisy, wilki, róże i mandale. Róbta co chceta, róbcie sobie nawet tatuaże gdzieś po kątach za flaszke, a później lądujcie w szpitalu z żółtaczką czy innym ścierwem, Wasza sprawa. Ja robię w studiu, gdzie mam pewność, że wszystko pójdzie dobrze. A wybieram wzory, na które jestem zdecydowana, które mi się nie znudzą za 5 czy 10 lat, bo nie kieruję się chwilową modą. Dzwony też kiedyś były modne i co? I nie przejmuje się tym, jak będę wyglądała w wieku swojej babki. I tak będę brzydka i pomarszczona, czy ma to znaczenie, że będę mieć tatuaże. Żadne kurwa.

Zwierzaki goszczą dumnie na mym ciele, bo je kocham i tym sposobem nigdy się z nimi nie rozstanę. Pamiętam to jak dziś, kiedy wykiełkowała we mnie myśl, że chce tatuaż. Miałam wtedy 6 lat i rysowałam sobie wzory czaszek. Dlatego też czaszkę mam teraz i jestem z niej bardzo dumna. W wieku 15 lat kupiłam sobie tusz kreślarski, odkaziłam igłę i wbiłam w skórę. Dziabałam tak punkt po punkcie, robiąc sobie swój pierwszy w życiu tatuaż. Stąd mam dwie nutki i serce na palcu. Wiem, nie było to zbyt mądre ani błyskotliwe, ale miałam 15 lat i prawo do głupot. Zagoiło się, nie dostałam żadnego trypra, teraz po 7 latach nadal go mam. Oczywiście nie próbujcie tego w domu, chociaż...kogo to obchodzi.

I jako gówniara byłam kiedyś z kimś, kto mi tego zabraniał. Bo tatuaże to powinny być widoczne dla nas samych, tego się nie robi na pokaz. Bo kim ja jestem, że będę chodzić i się chwalić. Ja pierdole, jak sobie przypomnę, to chce mi się rzygać. Dałam sobie wmówić jakieś bzdury, bo to człowiek młody i głupi. Zakochany. Teraz jestem starsza, świadoma. I KURWA NICZEGO NIE ŻAŁUJE! Także tego. Kończę tym cudownym zdaniem.

Wszystkie swoje maleństwa robię w jednym i tym samym studiu, mam zaufanie i nie chciałabym już nic zmieniać. Jeśli jesteście z okolic Szczecina, to dziołszka ze studia Veroniqe Tattoo może Wam takie cudo sprawić. Obczajcie sobie na fejsie.


Dziękuję za uwagę, pozdrawiam! :D

sobota, 14 października 2017

Fejsbók | Najgorsza praca, to praca z ludźmi | Cytat roku

10:56 19 Komentarze
Jeśli na tym zdjęciu, wyglądam jak wredna suka, to powiem Wam, że wyglądam tak przez większość swojego dnia.
Nie, żebym była taka wredna, zgorzkniała i brakowało mi chęci do życia codziennie, ale zdarza się, że nie mam już do pewnych sytuacji sił. Odkąd skończyłam szkołę pracuje zawsze w obsłudze klienta. Pierwsza moja praca, to była praca w meblach. Byłam królową wersalek. Wtedy to dopiero miałam kondycję, w ciągu dnia nie robiłam sobie przerw na papierosa, a trzypiętrowy budynek wymagał ode mnie hasania w te i we wte z jednego piętra na drugi i jeszcze piwnica. Trochę mi brakuje tego ruchu, w porównaniu z tym, że teraz siedzę tylko na dupie. Nie miałam nawet pojęcia jaki to kolor olchowy, ale wszystkiego się człowiek nauczy. Momentami było śmiesznie, a czasem nie miałam ochoty wstać do roboty. Najlepsze były kalambury typu "Chciałabym kupić uchwyty od środka" kminie kurwa co to może być, aż mnie nagle oświeciło, że facetce pewnie chodzi o ZAWIASY.

Później zatrudniłam się w Naturze, myślałam, że to będzie praca marzeń, bo przecież szał, kosmetyki, ale nie tak ją sobie wyobrażałam. Stałam po 9 godzin, nie mogąc sobie nigdzie usiąść i w zasadzie przysługiwała mi tylko jedna 15 minutowa przerwa, ale pierdoliłam to i robiłam sobie dwie, bo byłam głodna! Poza tym wiecie ile zarabiałam? 950zł! Jakieś kurwa jaja. Do tego traciłam 200zł na dojazd no i zostawały mi jakieś marne grosze, nawet nie na waciki. Jakoś uciułałam wtedy na swój pierwszy tatuaż chociaż. Do tego musiałam mieć swoje czarne ciuchy, całe czarne, bo przecież jakiś drobny napis na koszulce zbezcześciłby renomę firmy. Buty oczywiście też czarne, które musiałam sobie sama kupić, za swoją marną wypłatę. DRAMAT. Ta praca z doradzaniem też miałam niewiele wspólnego, bo przecież klientki i tak wiedziały lepiej. Obsługiwałam kiedyś taką blondyneczkę, która szukała kredki do brwi. Poleciłam jej chyba wtedy jakąś z Kobo, której sama używałam, bo miała ładny, chłodny odcień. Ale nie, ona chce czarną i chuj! Próbowałam jej przemówić do rozsądku, bo blond tlenione włosy rzucały się bardziej niż jej czarne, krzywe brwi, a może to te brwi się rzucały bardziej w oczy. Nie wiem. Swój wybór argumentowała tym, że przecież robiła już sobie czarny permanentny makijaż to i chce czarną kredkę. Proszę bardzo.

Następnie przeszłam do Play i nie żałuje tej decyzji. Do tej pory to najlepsza praca, jaka mi się trafiła. Jednak jak każdy, kto pracował kiedyś z innymi ludźmi w obsłudze, wie, jakie to niewdzięczne.
Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy klient nazwał mnie KURWĄ. Dlatego, że nie chciałam mu udzielić informacji o numerze, który nie był na niego. Oczywiście, że mi nie wolno, bo jest ochrona danych osobowych. Jednak ludzie, to tępe dzidy, a to działa w dwie strony, bo nie sadzę, by sami chcieli, aby ktoś postronny dostawał informację na temat ich numeru, albo w ich imieniu olaboga podpisał umowę. Nie. Liczy się tylko to, że oni chcą i ja mam im to dać. Taki chuj. Wracając jednak do tej kurwy, to uwierzcie, że gdyby powiedział to stojąc bliżej mojego biurka, a nie wyjścia, bo przecież taki chojrak powiedział to na odchodne, dostałby w ryj. I nawet ręka by mi nie zadrżała. Kiedy emocje już z nieco opadły, poszłam i zaczęłam ryczeć na zapleczu. Więcej takiej słabości nie okaże już nawet sama przed sobą, bo w tym czasie zdążyłam się nieco zahartować i najlepszą bronią jest uśmiechanie się, kiedy klient myśli, że krzykiem i wyzwiskami coś ugra. A uśmiech zawsze sprawia, że jeszcze bardziej go to wkurwia.
Jest taki profil na fejsie, Dzień z życia konsultanta, zerknijcie sobie czasem dla śmiechu, bo sytuacje potrafią być absurdalne ;)

A kiedy jesteśmy już w temacie fejsbóka, to mam wrażenie, że moi znajomi, to idioci. Oczywiście mówię tu bardziej o tych, którzy niby Cię znają, ale "cześć" to Ci na mieście nie powiedzą. I jak widzę, jak lajkują swoje zdjęcia albo posty, to mam przed oczami tylko jeden obrazek.
Tak to właśnie wygląda.
Uwielbiam też wszelkie udostępnianie wpisów typu "lajk = 1zł" na chore dzieci, biedne zwierzątka, wodę dla dzieci w Afryce. Serio kurwa ktoś w to jeszcze wierzy? Chcesz komuś pomóc? Wpłać kwotę na jakąś fundację, wyślij sms'a, bo wiem, że to niewiarygodne, ale DZIAŁA.
I tak apropo pomocy, to osobiście na siepomaga.pl wysyłam smsy właśnie na biedne zwierzątka, bo mam wrażenie, że one są trochę zapomniane. A cierpią tak samo, jak ludzie. Tak samo chcą być kochane i nadzieja na ich dobro tylko w ludziach. Niestety na nieszczęście też przez ludzi. I serce mi pęka i krwawi, kiedy widzę ich ból, a przez to, że to właśnie zwierzęta wolę od ludzi, wspomagam pieski, kotki i inne czworonogi. Koniec dygresji.
Są oczywiście też ludzie, którzy wrzucają teksty typu "Gotujemy obiadek", "Spacerkowo", "Mój synuś kończy dzisiaj 2385 tygodni", "Mój synuś je pierwszy raz marcheweczkę", "Ten użytkownik znajduje się w: restauracji kokodżambo, burdelu, wielu innych dziwnych miejscach i miejscowościach" i temu wszystkiemu towarzyszy multum zdjęć, albo i nieee. I pewnie pomyślicie, że skoro mam z tym jakiś problem, to czemu tej osoby nie wyjebie ze znajomych, albo czemu nie odlajkuje go, aby powiadomienia mi się nie wyświetlały. Bo ja nie mam z tym problemu. Mam z tego bekę, bawi mnie to i poprawia humor, właśnie dlatego :D Uświadamiam sobie wtedy jacy ludzie zapraszają mnie do znajomych.
Na mojej tablicy znajdzie się niewiele informacji czy zdjęć. Dzielę się zazwyczaj tym, jaką książkę w danym czasie czytam, ale to chętnie też oglądam u innych, bo zawsze to można wpaść na jakąś fajną książkę i podzielić się wrażeniami z innymi. Zdjęcie wstawiam średnio raz na pół roku. Częściej wrzucam coś na insta, ale to też nie jest jakiś spam, który wkurwia ludzi. Często też udzielam się na snapie, ale ten jest tylko dla bliskich mi osób, więc nie podlega to dyskusji ;)

Na pożegnanie jeszcze głęboki cytat motywujący do pracy, niczym wyrwany z usta Paulo Coelho.
"A kto umarł, ten nie żyje." Nie jest ani trochę mniej głupi.

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam! :D

niedziela, 8 października 2017

Lady in deep red | Próżność | Trochę pieprzenia o życiu

12:52 24 Komentarze
Dobra, dobra, piszę rzadko, ale dzisiaj mnie tak naszło, że brakuje mi ładnych zdjęć i trochę sobie pofociłam. Bo, uwaga (i tutaj będę skromna w chuj) jestem ładna i trochę próżna, ale to każdy ma w sobie trochę tego pierwiastka, że chce się sobie podobać i dobrze wyglądać i bla bla bla. Ważne, żeby być świadomym swoich zalet i wad, więc ja jestem świadoma, że mam ładny ryj, kości policzkowe, za które niejedna laska dałaby się pokroić i korzystam z tego. Wszystko to potrafię doprawić makijażem i voila, oto jestem.
Powiem jeszcze odnośnie tych zalet, że mam ładny uśmiech, wielki zad (tutaj mogą być skrajne opinie) i odstające obojczyki oraz seksowną lewą półkule* Oczywiście skupiam się tylko na tych wizualnych cechach, przyjdzie pora na paplanine o tym, co mam "w środku". Żeby nie było, że jestem chodzącym ideałem, bo przecież nie jestem (ale niewiele mi brakuje ;) ) mam też wady w swoim wyglądzie. Dziura po ospie na czole, cellulit, rozstępy, małe cycki i wiele innych mniejszych i większych problemów. Czy się tym przejmuje na co dzień? Nie. Jednak są dni, kiedy czuje się jak gówno. Brzydka, gruba i beznadziejna. Zazwyczaj dzieje się tak przed okresem, hormony mi szaleją i popadam w jakąś paranoje, ale radzę sobie.

*apropo mojego mózgu, nie jestem gołosłowna!

Ostatnio koleżanka pokazała mi pewnego mema, rozbawił mnie i myślę sobie, to chyba o mnie (o nas, bo koleżanka też ma).
Oczywiście śmieszki heheszki, ale pewne rzeczy, które robię ze swoim ciałem (czyt. kolczyki i tatuaże) dodają mi też nieco pewności siebie. Oczywiście mogłabym iść też na siłownie i zrobić coś bardziej pożytecznego, ale jestem leniwą kluchą. I byłabym fit, gdybym nie wpierdalała czekolady :D W zasadzie nie do końca ogarniam całej tej mody, na bycie fit weganem na bezglutenowej diecie. Nie wyobrażam sobie podporządkować całego swojego życia diecie. A już szczególnie takiej, gdzie nie jadłabym mięsa i zboża. Widziałam ostatnio w Lidlu bezglutenowy papier ryżowy. Gdzie do chuja w ryżu miałby być gluten. PARANOJA. Ale hajs się zgadza, a ludzie kupują bezglutenową mąkę ryżową za 7zł. A tak naprawdę 1% populacji ma celiakię, ale pooglądajcie sobie Naukowy Bełkot, on mówi mądrzę na ten i inne tematy.

Zastanawiam się czasem która to ja na tym zdjęciu, sami zdecydujcie xD Pomijając fakt, że wyglądam wybitnie niekorzystnie, chciałam mieć selfie z koleżanką krówcią! W końcu mamy takie same kolczyki :D A ja mam do siebie dystans. Zdjęcie powstało na Targach Rolnych w Barzkowicach, na którym kupiłam obłędną konfiturę z płatków róż. Ambrozja. Serio. Oszczędzam i szanuje, bo takie dobre :D A za słoiczek dałam 25 zika, warto było. Wzięłam sobie jeszcze wino z naszej zachodniopomorskiej winnicy, wytrawne, w sumie to nie lubię, ale te było wyjątkowo aromatyczne i pyszne. Będzie na specjalną okazję, może na tą, jak już znajdę męża xD Miałam nadzieję dorwać też wino różane, ale te nadzieje okazały się być płonne, nawet nie macie pojęcia jakie to dopiero jest pyszne! Nic straconego, można zamówić przez neta i to właśnie zrobię!

Tak bardzo kocham matowe pomadki, że mam ich miliard. Ciągle to rozszerzam swoją kolekcję o kolejne podobne do siebie odcienie czerwieni i inne kolory w sumie też. Większość zamawiam na Geek, trochę takie podrabiane Aliexpress, ale kurde, 8 zł kosztuje mnie jedna pomadka z przesyłką, dochodzi w ciągu 2-3 tygodni, a jakość jest serio dobra. Nawet lepsza, niż niejednej pomadki z drogerii. Muszę obczaić, czy są podobne na Ali i zrobić zapasy jakby miał nadejść koniec świata.
Ogólnie na twarzy mam standard, czyli: Podkład Catrice HD Liquid Coverage, puder ryżowy My Secret, bronzer Kobo Matt Bronzing & Contouring Powder oraz mój ukochany rozświetlacz z Makeup Revolition Vivid Baked Highlighter. Na oczach wyłącznie cień z Maybelline Color Tattoo 24 HR, eyeliner Maybelline Eyestudio Lasting Drama i rzęsy z Ardell Double Wispies. Na brwiach jak zawsze pomada Freedom Makeup i korektor z Catrice Liquid Camouflage. Na ustach wspomniana wyżej pomadka gdzieś z Chin o nazwie Pudaier, cokolwiek to za firma. Nie jestem przez nią napromieniowana, ani nic innego złego mi się z ustami nie dzieje, więc chyba jest okej.
Na potwierdzenie jeszcze tego, że jestem próżna i ładna, wstawiam moje ulubione zdjęcie z ostatnich dni xD

POZDRAWIAM! Miłego czytania!

Follow Us @wdowapostalinie