niedziela, 28 czerwca 2015

Róża z Jerycha w butelce, czyli recenzja szamponu i odżywki Timotei Jericho Rose Moc i blask

20:23 16 Komentarze
Dzisiaj na tapecie dwa produkty Timotei, które miałam przyjemność stosować akurat w dość szczególnych warunkach, czyli na mocno przesuszonych włosach. Czy mają moje uznanie? O tym w dalszej części. 
1. Odżywka Moc i Blask
Nie będę się tu zagłębiać szczególnie w obietnice producenta, bo już na froncie butelki widać, że ma to być moc i blask, po prostu. Odżywka ma bardzo przyjemny zapach, trochę taką słodyczą i ziołami. Ma idealną konsystencję, bo nie spływa z włosów. Jednak nie to jest najważniejsze, jeśli ma się włosy w słabej kondycji, więc przejdźmy do tej całej "mocy". Szczerze powiedziawszy używając jej solo nie zauważyłam poprawy w kondycji włosów. Dopiero gdy dodawałam ją do żelatyny i laminowałam sobie włosy, widać było efekty, ale bardziej to zasługa żelatyny i olejków, które dodawałam, niż samej odżywki. Za to gdy nakładałam ją na włosy tak bez niczego dodatkowego, bardziej był widoczny owy blask, który gwarantuje producent. Włosy też są podatniejsze na rozczesywanie bez zbędnego szarpania i ciągnięcia, jednak spodziewałam się troszeczkę lepszych efektów. 
2. Szampon Moc i Blask
To zdecydowanie ta lepsza połówka z zestawu. Ma taki sam zapach, ale zdecydowanie słabszy niż odżywka. Konsystencja nieco żelowa, ale bardzo dobrze rozprowadza się po włosach i świetnie się pieni. Dobrze zmywa wszelkie zanieczyszczenia z włosów dzięki czemu nawet na trzeci dzień moje włosy wyglądają znośnie, gdzie zazwyczaj muszę je myć co dwa dni. Zmywa dobrze nawet takie produkty jak żelatyna, olej już za pierwszym razem i nie muszę tych włosów myć w nieskończoność, żeby nie mieć obawy czy coś tam nie zostało. Bardzo dobrze go oceniam i na pewno będę do niego wracać, bo na razie stosuję go na zmianę z filetowym szamponem. Przez to, że tak dobrze się pieni zużyłam dopiero niecałe pół butelki z 250 ml które mam, a to całkiem dobrze w przypadku moich długich włosów. Nie plącze ich zbyt mocno podczas mycia, ale ja i tak zawsze stosuję dodatkowo odżywkę czy cokolwiek. Ja jednak nadal poszukuję tego "idealnego" duetu :)

A Wy macie jakieś swoje ulubione odżywki / szampony? Piszcie w komentarzach! :) 


środa, 24 czerwca 2015

Makijaż na dziś - Burlesque

15:05 58 Komentarze
Dziś porwałam się na makijaż burleskowy. Jeśli chodzi o ten typ makijażu scenicznego / teatralnego, to na prawdę nie ma co się trzymać sztywno ram i zasad dotyczących tego co można w makijażu, a czego nie. W końcu po to ktoś wymyślił te wszystkie mazidła, żeby móc się tym bawić i próbować, jakie połączenia będą do siebie pasowały, a jakie nie. Mówienie w kółko o tym, że nie łączy się mocnego oka i ust stało się już nudne. Make up został podniesiony do rangi sztuki i w internecie można znaleźć wiele świetnych prac, które nie nadają się rzecz jasna na co dzień, ale zachwycają. Zawsze to powtarzam. Wszem i wobec. Dlatego dziś połączenie mocnego, wręcz bordowego oka z czerwonymi, matowymi ustami. Oczywiście ten makijaż raczej nie nadaje się nawet na wieczorne wyjście w takim połączeniu, ale jeśli zrezygnujemy z mocnych ust, to czemu nie, na imprezę jak w mordę strzelił ;) 
Brwi: kredka Catrice Eye Brow Stylist, zestaw do stylizacji brwi Catrice Eyebrow Set, korektor Grashka 
Oczy: baza Joko Exclusive Eyeshadow Base, paleta cienie Sleek: Storm, Sparkle 2, cień My Secret Matt Eyeshadow #505, pigment MAC Crush Metal Pigment Stacked 1!, kredka Golden Rose Classics #201, eyeliner Music Flower, tusz Ingrid Volume & Long, rzęsy Ardell Demi Wispies
Twarz: podkład Revlon Colorstay Buff 150,
puder Essence All About Matt, bronzer Catrice Sun Glow 30 Mednium Bronze, rozświetlacz L'Oreal Touch-On Colour nr 928   
Usta: konturówka Essence Lipliner #14 Femme Fatale 
 
 
A Wam jak kojarzy się makijaż burleskowy? Odważyłybyście się tak pomalować? Piszcie w komentarzach! :)  

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Pielęgnacja mocno przesuszonej skóry twarzy - mój niezawodny sposób | Skincode Essentials 24h cell energizer cream

16:08 18 Komentarze
Nie będzie to taka typowa recenzja produktu, ponieważ ja ten krem typowo używałam zbyt krótko, ale znalazłam na niego ciekawszy sposób i zastosowanie. Dlatego też opis producenta będzie krótki i zwięzły.
Obietnica producenta:
Energizująca formuła kremu 24h została oparta na wysokim stężeniu głównego składnika aktywnego CM-Glucanu. CM-Glucan wraz ze skrobią ryżową dostarczają skórze energii, odżywiają i wzbogacają w cenne minerały niezbędne do prawidłowego funkcjonowania. Hydrolit-5 wnika w warstwę rogową naskórka i skutecznie zatrzymuje w niej wodę. Wysokie stężenie głównego składnika działa silnie kojąco i łagodząco na skórę. 
Moje odczucia:
Jakiś czas temu stosowałam go zgodnie z zaleceniem producenta, czyli po prostu rano bądź wieczorem i zrobił na mnie dobre wrażenie, ale moja skóra była wtedy normalna, więc tak na prawdę nie mogłam go zrecenzować pod kątem prawdziwej suchej cery i wtedy napisałam tylko kilka skromnych pochlebiających słów od siebie. 
Dziś zacznę jednak od początku. Jestem posiadaczką tłustej cery, bardzo tłustej. Na prawdę BARDZO. Jak się więc stało, że moja skóra, która nigdy nie miała problemu z niedostatecznym nawilżeniem nagle zrobiła się sucha, chociaż nie... w sumie ona nawet nie była sucha, ja miałam na twarzy istną Saharę! Stało się tak podczas używania Benzacne, jest to świetny krem/żel na wypryski i faktycznie w tej roli się sprawdził, ale jego skutkiem ubocznym było duże przesuszenie twarzy, na które za bardzo nic nie działało. W kosmetycznych czeluściach odkopałam więc Skincode i postanowiłam użyć nie jak krem, a jak maseczkę
Nałożyłam więc na twarz to cudo nie skąpiąc ilości i trzymałam to na twarzy prawie że ile wlezie, czyli jakieś 20-30 minut. Moja skóra wręcz spijała go jak nektar i po tym czasie nadmiar ściągałam płatkiem kosmetycznym, a prawie nie było co ściągać. Moja cera na prawdę potrzebowała konkretów, a nie jakiś tam pitu pitu kremików. Już po pierwszym zastosowaniu różnica była ogromna. W mniej przesuszonych miejscach nie było śladu po działaniu Benzacne, a w tych bardziej przesuszonych (a były to skrzydełka nosa, okolice ust i przestrzeń między brwiami i powyżej) widać było różnice, suche placki zrobiły się nieco mniej suche. Całą akcję powtórzyłam jeszcze 3 razy i nie było widać, że kiedykolwiek stosowałam taką artylerię przeciwko parchom ;) Poza tym po nałożeniu przez moment poczułam pieczenie, ale po chwili krem zaczął świetnie koić powstałe zaczerwienienia. Po serii tych moich domowych zabiegów cera byłe w pięknym stanie, gładka, nawilżona i milusia w dotyku. Nie będę go teraz stosować na dzień, bo mi zwyczajnie szkoda. Chcę go mieć w razie prawdziwej potrzeby, bo mam wersję o połowę mniejszą niż standard.
Sam kremik jest bezzapachowy i ma dość treściwą konsystencję nie ściekającą z twarzy. Dla mnie to prawdziwe szwajcarskie cudo. Jeśli macie skłonności do przesuszania się skóry, to polecam stosować go po prostu raz dziennie na dzień, albo na noc. Jeśli jednak jesteście w podobnej sytuacji jak ja, z jakiś tam bliżej nieokreślonych powodów i potrzebujecie nagłego ratunku na mocno przesuszoną buzię, to polecam pozostawić go na twarzy jak maseczkę. Podejrzewam, że inne kremy też się lepiej sprawdzą właśnie w ten sposób, więc spokojnie możecie to zrobić z czymś, co macie pod ręką, ponieważ ten krem do najtańszych nie należy. U mnie jednak nic się tak nie sprawdziło jak ten produkt. Nawet typowa nawilżająca maseczka. 
Zalety:
+ mocno nawilża i odżywia cerę
+ koi i łagodzi podrażnienia
+ idealnie sprawdza się w roli maseczki
Wady:
- brak
Cena:
ok. 150zł / 50ml

A Wy macie jakieś sprawdzone sposoby w nagłych przypadkach suchej skóry? Dzielcie się tym w komentarzach! :) 


środa, 17 czerwca 2015

Jak to jest wcielić się w postać z książki/filmu? Moja przemiana w Lisbeth Salander, bohaterki trylogii Millenium i filmu Dziewczyna z tatuażem.

12:35 50 Komentarze
Film Dziewczyna z tatuażem obejrzałam chyba dopiero rok czy półtora po premierze i byłam nim zachwycona! Oglądałam go już chyba ze 4 razy, aktorzy, soundtrack z filmu i sam film to dla mnie majstersztyk. A postać Lisbeth Salander jest tak charakterystyczna, tak dobrze odegrana i zrobiona, że na swój sposób można się w niej zauroczyć. Przynajmniej tak było w moim wypadku. Po obejrzeniu filmu przeczytałam książkę, zachwyciła mnie jeszcze bardziej niż film, więc przeczytałam dwie kolejne, które były równie świetne, co pierwsza część. Także jeśli jeszcze nie widzieliście filmu, albo nie czytaliście trylogii Millenium Stiega Larssna, to musicie to zrobić! :)
Oraz kilka zdjęć Rooney Mary wcielonej w Lisbeth 


Myślicie, że dostałabym tę rolę? Ha ha ;) 
Oglądałyście/czytałyście/macie zamiar? Dzielcie się tym w komentarzach! :) 



poniedziałek, 15 czerwca 2015

Aktualizacja włosów. | Jak powstał mój nowy kolor? Oraz jak bardzo zniszczyłam włosy swoimi eksperymentami.

19:23 46 Komentarze
A teraz post o tym, co sobie zafundowałam na głowie. Nie spodziewałam się, że te moje eksperymenty wypadną na tyle dobrze, że kolor Wam się spodoba ;)  
Jednak zacznę od początku... Przed weselem postanowiłam odświeżyć kolor, dobrze, że nie zrobiłam tego dzień przed, bo byłabym w czarnej, no. Odrosty już miałam bardzo duże, dobre 3-4 cm. W zapasie farbę w kolorze Viking L'Oreala Preference oraz rozjaśniacz z tej samej serii. No i zrobiłam to, zmieszałam farbę z rozjaśniaczem. O ja głupia! Narobiłam sobie kłopotu. I to na prawdę dużego. NIGDY tego nie róbcie. NIGDY przenigdy nie miesza się rozjaśniacza z farbą i szkoda, że dopiero teraz o tym wiem. Mieszanka...cóż, była po prostu za silna. Trzymałam ją 20 minut, czyli tak, jak zalecał producent. Wszystko na włosach mi się zgluciło. Tak, dokładnie, zrobił się jeden wielki glut/filc i nie wiadomo co jeszcze. Nie mogłam tego zmyć z głowy, zmywałam i płakałam, autentycznie, byłam przerażona, że popali mi włosy, bo dosłownie nic nie chciało z nich spłynąć. Musiałam to wszystko ściągać grzebieniem i szczotką. Porażka. Dopiero jak nałożyłam milion odżywek i majonez to razem z tym wszystkim mi zeszło. Trzymałam głowę nad wanną z dobrą godzinę, aż bolał mnie kark. A majonez trzymałam prawie 2 godziny. Kara za taką głupotę. Oczywiście kondycja włosów dostała nieźle po d*pie. Włosy nie były pokryte w całości, miałam placki w postaci ciemnych odrostów, niektóre pasma były po prostu moim wcześniejszym kolorem. No i oczywiście nasada włosów była bardzo jasna, wpadała mocno w żółty kolor, ale na szczęście nie zostałam łysa! O tyle dobrze. Dałam 5 dni odpocząć włosom, nakładałam na nie majonez, oleje i różne inne specyfiki, by tylko nieco ochłodził się kolor, a włos trochę się nawilżył i odżywił. Po tych dniach odpoczynku nałożyłam kolejne dwie farby, a w zasadzie 3, żeby wszystko było pokryte. Były to dwie farby z Joanny Naturia w kolorze Szlachetnej perły i jedna w odcieniu Srebrzystego pyłu. Trzymałam krócej, bo ok. 15-16 minut, żeby już nie przesadzić. Chciałam nieco ochłodzić kolor i pokryć przede wszystkim odrosty, żeby nie być łaciata. Kolor nieco się zmienił, ale niewiele. Odrosty zostały pokryte, ale tam gdzie odcień był ciemniejszy na długości włosów już nie... Włosy po tym umyłam w fioletowym szamponie i niektóre pasma zrobiły się siwo - platynowe. Hmm, spodobało mi się. Taki kolor mogłabym mieć na całości. Niestety są to tylko refleksy, ale są tak dziwnie równo położone po obu stronach, że nie wygląda to tragicznie, a fajnie. Zobaczcie z resztą efekt przed i po: 


Teraz na głowie są modne takie różne cuda, że i to co mi wyszło mi się podoba. Może rozpocznę jakiś nowy trend :D 
Jakby nie było, chciałabym osiągnąć taki kolor na całych włosach, albo chociaż zbliżony, jednak na razie chcę odżywiać włosy na tyle, na ile mogę, bo widać na końcach szczególnie na pierwszym zdjęciu, że mocno im się dostało :(. To tylko i wyłączanie przez to, że nie pomyślałam, co robię, także jeśli kiedyś przyjdzie Wam do głowy eksperymentowanie, to sobie przypomnijcie mój post! 
Zauważyłam, że teraz sprawdza się u mnie najlepiej laminowanie. Mieszam żelatynę jeszcze z łyżką odżywki i kilkoma kroplami oleju awokado albo oliwki z mieszaniną różnych olejków. Włosy po tym są o wiele gładsze i takie bardziej mięsiste, błyszczące. Mam nadzieję, że uda mi się je trochę przywrócić do pierwotnego stanu. A może za miesiąc zrobię sobie dużą ilość pasemek i dojdę do efektu, jaki chcę mieć. Sama nie wiem, zobaczymy w jakim będą stanie moje włosy za miesiąc :) Trzymajcie kciuki!

A Wy też tak kombinujecie ze swoimi włosami, czy cenicie swój naturalny kolor? 


środa, 10 czerwca 2015

Makijaż na dziś - Lody bananowe z sorbetem truskawkowym | Makijaż idealny na lato

09:10 68 Komentarze
Lato to taka pora, gdzie spokojnie można sobie poszaleć z kolorami, a fantazja może nas nieco ponieść. I żadna z nas nie powinna się koloru bać, nie wszystko musi być brązowo - beżowe, a nie znam lepszej pory na szaleństwa z kolorem, jak lato! 
 Na załączonym obrazku można również zobaczyć, że zmieniłam kolor włosów, na pewno pojawi się o tym post, bo mam do przekazania coś ważnego apropo koloryzacji w domu :) Ja chyba zawsze na zbliżające się wakacje kombinowałam coś z włosami i to chyba mój coroczny rytuał. A może nie tylko w wakacje to robiłam...;) Jakby nie było, teraz włosy potrzebują porządnego kopa w postaci produktów nawilżających i odżywiających. 


Brwi: kredka Catrice Eye Brow Stylist, zestaw do stylizacji brwi Catrice Eyebrow Set, korektor Grashka 
Oczy: baza Joko Exclusive Eyeshadow Base, paleta cienie Sleek: Curacao, Storm, Snapshots, cień MakeUpGeek Razzleberry, cień My Secret Matt Eyeshadow, eyelinerMusic Flower, tusz Ingrid Volume & Long, rzęsy Red Cherry #217
Twarz: podkład Revlon Colorstay Buff 150 zmieszany z Pierre Rene Skin Balance #20,
puder Essence All About Matt, bronzer Catrice Sun Glow 30 Mednium Bronze, rozświetlacz L'Oreal Touch-On Colour nr 928
 Usta: błyszczyk Benefit Dandelion

A Wy kiedy decydujecie się na odważne kolory na powiece? 


sobota, 6 czerwca 2015

Makijaż Jesiki | O kolorach, które uwydatnią niebieski kolor tęczówki - złoto i miedź

09:59 26 Komentarze
Jesika jest posiadaczką pięknego niebieskiego koloru oczu, który wpada wręcz w turkus. Do tego jaśniutka cera bez żadnych niedoskonałości...marzenie! Postanowiłam u niej pokombinować trochę z odcieniami miedzi i złota, tym bardziej, że dodatki w postaci kolczyków i paska miały być złote, także ten akcent postanowiłam dodać tylko na dolnej powiece. Sukienka Jesiki była czarna, więc w takim właśnie kolorze pogłębiłam zewnętrzny kącik. Na środek powieki dodałam nieco brązu z miedzianą poświatą, który świetnie współgra z takim kolorem oczu. Wewnętrzną cześć rozświetliłam beżowym połyskującym cieniem. Do tego subtelna kreska. Żeby już nie przesadzić usta pozostawiłam w dość neutralnym odcieniu, pomadka w cielistym kolorze, błyszczyk i muśnięte policzki bronzerem. Trochę rozświetlacza, który w słońcu wygląda na prawdę pięknie i makijaż skończony. W zasadzie taki makijaż można zastosować na różne okazje. Dzienny raczej nie jest, ale jeśli zrezygnujemy z ciemniejszej górnej powieki i zastąpimy ją cieniem w neutralnym kolorze, beżowym, albo delikatnie brzoskwiniowym, a dół zostawimy, zda egzamin także jako dzienny make up. 
Brwi: kredka Catrice Eye Brow Stylist
Oczy: baza Joko  Exclusice Eyeshadow Base, paleta Sleek Storm, paleta MakeUpGeek Vegas LIghts, eyeliner Music Flower, tusz Ingrid Volume & Long
Twarz: podkład Revlon Colorstay Buff 150, puder Essence All About Matt, bronzer Catrice Sun Glow 30 Mednium Bronze, rozświetlacz L'Oreal Touch-On Colour nr 928
Usta: pomadka Golden Rose Lipstick nr 98, błyszczyk Kobo Long Lasting Glass Shine nr 204 Carmel Ice 

Osobiście uważam, że nie powinno się dobierać kolorów wyłącznie do koloru naszej tęczówki. W pewnym sensie to duże ograniczenie, ale nie tylko o to chodzi. Czasem kolor, który z początku może nam się wydawać, że będzie się zlewał z kolorem naszych oczu w połączeniu z jakimś innym odcieniem sprawi, że stanie się wręcz przeciwnie. Także nie bójmy się pokombinować z makijażem i wyjść poza jego "sztywne ramy". 

A Wy jak najczęściej się malujecie? :) 


środa, 3 czerwca 2015

Metamorfoza Sylwii | O tym, jak makijaż może uwydatnić nasze atuty i zakryć mankamenty urody.

17:41 46 Komentarze
No właśnie, po co my kobiety w ogóle się malujemy? Zapewne każda z nas ma jakiś swój powód. Zazwyczaj chcemy się po prostu dobrze czuć ze sobą, podobać się samej sobie, albo może komuś. 
Sam makijaż powinien podkreślać to co dobre i zakrywać to, co niedoskonałe. Na pewno nie powinien przysłaniać naszej urody. Dlatego też nawet najskromniejszy makijaż może sprawić, że będzie się wyglądało promiennie i pięknie. 

Jakiś czas temu miałam przyjemność malować Sylwię, która raczej największy problem miała z zaczerwienieniami skóry. Przy tego typu cerze najlepiej się będzie sprawdzał podkład z żółtymi tonami. W mocniejszych przypadkach przyda się też zielony korektor, ale w tym przypadku Revlon ColorStay dał radę. Sam makijaż oka raczej skupiał się na złotym cieniu i delikatnej kresce oraz sztucznych rzęsach, gdzie akurat ten model spokojnie nada się również na dzienny makijaż, bo daje raczej naturalny efekt niż teatralny. 
Brwi: kredka Catrice Eye Brow Stylist, zestaw do stylizacji brwi Catrice Eyebrow Set, kamuflaż Catrice 010 Ivory
Oczy: baza Joko Exclusice Eyeshadow Base, paleta MakeUpGeek Vegas Lights, kredka Golden Rose Classics 201, tusz Revitalash Volumizing Mascara, rzęsy Ardell Natural Demi Wispies
Twarz: podkład Revlon ColorStay nr 150 Buff , puder Essence All About Matt, kamuflaż Catrice Camuflage Ceram 010 Ivory, bronzer Catrice Sun Glow 030 Medium Bronze, rozświetlacz Sally Hansen Line Smoothing Mineral Pink Glow
Usta: pomadka L'Oreal Colour Riche Intense Fuchsia

Jak oceniacie efekty? Jakie są Wasze powody do malowania? Piszcie! :) 

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Sezon ślubny czas zacząć! Przyszła Panna Młoda i jej próbny makijaż, czyli jak nie wyglądać nudno przed ślubnym kobiercem.

13:23 27 Komentarze
Większość Panien Młodych raczej stawia na naturalny, bezpieczny, niewinny makijaż. Ja osobiście, jeśli kiedyś dane mi będzie pójść przed ołtarz, na pewno nie będę delikatna i subtelna. Z pewnością postawię na mocne oko, bądź mocne usta. W tym drugim przypadku może być problem, bo to raczej dzień, w którym dostajemy i dajemy wiele buziaków, także poprawki murowane, albo jakaś porządna, nie do zdarcia pomada. W przypadku oka wystarczająca będzie konkretna baza i makijaż wytrzyma cały dzień. Oczywiście każdy ma swoją wizję tego, jak chcę wyglądać na swoim ślubie, na pewno każda z nas chce wyglądać jak najpiękniej, dlatego doceniam odważne przyszłe żony, że jednak w ten dzień jeśli chodzi o makijaż nie chcą wyglądać tak wcale niewinnie ;) 

Dlatego chciałabym pokazać Wam makijaż, na który zdecydowała się moja koleżanka, który wcale delikatny nie jest, ale za to kontrastowo ma subtelne usta. Sama na początku nie byłam przekonana co do takiego makijażu, żeby oko było w brązach i czerni, no ale tak jak mówiłam, każdy ma swoją wizję. Jednak efekt końcowy mnie i przyszłej Pannie Młodej bardzo się podobał i uznałyśmy, że to właśnie to zmaluję w dzień jej ślubu. W końcu najważniejsze, żeby to ona czuła się dobrze w ten dzień w danym makijażu. 
Brwi: kredka Essence Eyebrow Designer, kamuflaż Catrice
Oczy: baza Joko Exclusice Eyeshadow Base, paleta Urban Decay Naked 2, paleta Sleek Storm, kredka Golden Rose Classics 201, tusz MAC Plushblack, rzęsy Ardell Natural Demi Wispies
Twarz: podkład Vichy Dermablend nr 25 , puder Golden Rose Pressed Powder nr 108, kamuflaż Glazel Perfect Skin, bronzer Inglot Face Blush, rozświetlacz L'Oreal Touch-On Colour nr 928
Usta: konturówka Golden Rose Classics nr 322, pomadka Golden Rose Lipstick nr 98
 
 A Wy na jaki makijaż stawiałybyście w dniu ślubu? 


Follow Us @wdowapostalinie